(Nie)wolna ręka

0 11

„Wolna ręka” to bardzo malownicze, literackie określenie, które występując w zdaniu zawsze oznacza i rozumiane jest jako pełna dowolność, swoboda postępowania, decydowania itp. Potwierdza to Wikisłownik wskazując, iż oznacza ono „możliwość samodzielnego decydowania, swobodnego wyboru”. Zgodnie z tym powiedzenie „w tej sprawie masz wolną rękę” odbierane jest jako jednoznaczne przyzwolenie na podejmowanie decyzji według własnego uznania i załatwienie sprawy bez respektowania jakichkolwiek reguł czy nakazów z zewnątrz. W takim rozumieniu zwrot dotyczący „wolnej ręki” znakomicie wkomponowuje się w książkowe intrygi i opowieści, pewnie mniej znakomicie w konkretne sytuacje życiowe, natomiast zdecydowanie kiepsko w treść i kontekst aktu prawnego. Zwłaszcza o charakterze proceduralnym, takim jak Prawo zamówień publicznych.

W tym miejscu można by zapewne powiedzieć, że jest to problem semantyczny, a nie prawny, jednakże trudno byłoby się z tym zgodzić. Przecież semantyka opisuje relacje między językiem a rzeczywistością, zatem wpływ określenia „wolna ręka” na praktyczne stosowanie normy prawnej w której ono występuje, wydaje się oczywisty. Nie bez znaczenia jest tu także efekt psychologiczny, który zwykle towarzyszy pewnego rodzaju określeniom („wolna”, „wolność” etc.), w tym przypadku oznaczający zachętę do swobodnego (dowolnego) podejmowania decyzji. Na marginesie mówiąc wątpię, aby autorzy projektu starej ustawy, przy decydowaniu o nazwach zamówieniowych procedur „wolną rękę” postrzegali w tych właśnie kategoriach.

Niezależnie jednak od tego problem w tym, iż na gruncie zamówień publicznych „wolna ręka” wcale wolnej ręki nie oznacza. Jest określeniem umownym, nazwą procedury udzielania zamówień publicznych. Zgoda, że jest ona zdecydowanie prostsza i daje więcej swobody zamawiającemu, niż jakakolwiek inna, ale też w istotnym zakresie tę swobodę ogranicza. Po pierwsze dlatego, że w ustawie są określone przesłanki, które pozwalają na zastosowanie tego trybu, po drugie dlatego, że aby można je było zastosować, muszą mieć charakter obiektywny. A do tego są jeszcze przepisy ustawy o finansach publicznych oraz o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych. Pytanie tylko, czy przy podejmowaniu decyzji o zakupie z wolnej ręki to właśnie one dominują w świadomości zamawiających, czy też częściej dochodzi do głosu podejście „wolnorękowe”.

Przypomina mi się w tym miejscu budząca niegdyś wiele emocji historia związana z budową stadionu wrocławskiego, na którym miały być rozgrywane mecze Euro 2012. Koronnym argumentem, uzasadniającym wówczas zlecenie dokończenia budowy w trybie z wolnej ręki było to, iż stadion nie powstanie w terminie i mecze turniejowe, które miały być rozgrywane we Wrocławiu, będą rozgrywane w innym mieście. Jak pamiętamy, pomimo protestów Komisji Europejskiej oraz negatywnego stanowiska Prezesa UZP zamówienia w trybie z wolnej ręki udzielono (za przyzwoleniem Krajowej Izby Odwoławczej, niestety), budowę dokończono, mecze we Wrocławiu rozegrano. No właśnie.

Sądzę, że warto się nad tym wszystkim poważnie zastanowić chociażby dlatego, że ilość zamówień publicznych realizowanych w trybie z wolnej ręki niezmiennie utrzymuje się na drugiej pozycji, za przetargiem nieograniczonym oczywiście. Wprawdzie od rekordowego roku 2009, kiedy blisko 26% wszystkich udzielonych zamówień stanowiły zamówienia z wolnej ręki wskaźnik ten systematycznie maleje (w roku 2017 był na poziomie 9,67%), nie jest to chyba sytuacja całkiem normalna i pewnie wypadałoby dokładniej jej się przyjrzeć. Oczywiście nie namawiam do zmiany nazwy trybu, bowiem wszyscy już się do niej przyzwyczaili, namawiam natomiast do tego, aby zdecydowanie inaczej tryb ten traktować, pamiętając, że „wolna ręka” jako procedura służąca wydatkowaniu środków publicznych nigdy nie oznaczała tego, co wynika z dosłownego rozumienia tego terminu.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.