Dura lex, sed lex

34

Ta stara, rzymska zasada prawnicza, której autorstwo przypisywano Ulpianowi, jest powszechnie znana. Często też cytowany jest jej polski przekład – „twarde prawo, lecz prawo”. I słusznie, bowiem pomimo upływu wieków maksyma ta nie straciła aktualności, a powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie. Podobnie jak w starożytnym Rzymie wyraża nadrzędność norm prawa nad wszelkimi interesami, jakie by one nie były – indywidualne, zbiorowe, polityczne, branżowe i jakie tam jeszcze. Oznacza, że do obowiązujących przepisów stosować się trzeba zawsze, bez względu na uciążliwości, z jakimi jest to związane. Choć nie wynika to wprost z cytowanej zasady, wyraża szacunek dla prawa, niezależnie od tego, jak jest „twarde”.

A jak to jest dzisiaj? Zdaniem specjalistów Polacy mają do prawa stosunek specyficzny, wynikający przede wszystkim z trudnych doświadczeń historycznych, ale także z narodowej mentalności. Częściej prawo lekceważymy, niż je szanujemy, częściej przestrzegamy je z obawy przed konsekwencjami, niż z przekonania, że tak trzeba i że jest ono słuszne. To niewątpliwie źle, a nawet bardzo źle, ale obawiam się, iż niekiedy postawy takie znajdują uzasadnienie. Przyczyn tego jest wiele i nie mają one raczej korzeni historycznych, lecz jak najbardziej współczesne. Wszystko, moim zdaniem, zaczyna się na etapie tworzenia prawa.

Dr Ryszard Piotrowski z Wydziału Prawa i Administracji UW, w bardzo interesującym opracowaniu „Efektywność stanowienia prawa, systemu wymiaru sprawiedliwości i praw konsumenta warunkiem sprawnego państwa”, powołując się także na innych autorów stwierdza, iż „proces tworzenia prawa w Polsce jest nieadekwatny do wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań rozwojowych i nie sprzyja budowaniu zasługującej na zaufanie, sprawnej władzy publicznej”. Jego zdaniem do wad prawotwórstwa należy przede wszystkim „brak skuteczności przyjmowanych rozwiązań, którego miarą jest częste nowelizowanie uchwalanych ustaw, nadmiar regulacji prawnych, niestabilność prawa, niespójność unormowań, brak przejrzystości systemu prawnego, niski poziom techniczno-legislacyjny”.

Trudno się z tym nie zgodzić, zwłaszcza patrząc na smutne losy Prawa zamówień publicznych w ostatnich latach, a także, niestety, na to wszystko, co dzieje się wokół projektu jego zmiany. Powstawał on nieomal w konspiracji, w gronie urzędniczym, w oderwaniu od realnego świata zamówień publicznych. Środowisku i opinii publicznej objawiony został dopiero na etapie uzgodnień międzyresortowych, na które przewidziano zaledwie trzy tygodnie. Konsultacje „publiczne” potrwać mają o tydzień dłużej. Polegają na tym, iż do pięćdziesięciu podmiotów skierowano pismo informujące, że na stronach internetowych RCL i UZP zamieszczono projekty ustaw (Pzp i o koncesji) oraz że czeka się na „ewentualne” uwagi, a nie przesłanie ich „w wyznaczonym terminie oznaczać będzie rezygnację z przedstawienia stanowiska”. I tyle.  Ciekawy jestem, jak na to zaproszenie zareagują adresaci pisma, trudno mi też przewidzieć reakcję resortów, ale z doświadczenia wiem, iż takich „uzgodnień” i „konsultacji” poważnie potraktować się nie da. Projekt Prawa zamówień publicznych liczy blisko 350 artykułów, uzasadnienie około stu stron, do tego OSR, a jest przecież jeszcze projekt ustawy o koncesji. Podchodząc do uzgodnień czy „konsultacji” poważnie, w wyznaczonym terminie zadanie wykonalne raczej nie jest. Nie sądzę też, aby tak naprawdę ktoś na to liczył. Odrębnym problemem jest natomiast całkowita, jak sądzę nieprzypadkowa, eliminacja środowiska eksperckiego, także naukowego, zarówno z procesu pracy nad projektem, jak i z „konsultacji”. Nie wiem, z czego to wynika; na ile z kompleksów, na ile ze względów ambicjonalnych, a na ile z obawy przed krytyką. Z doświadczenia wyniesionego z prac nad projektem Pzp uchwalonego w 2004 r. wiem natomiast, że bez udziału tego środowiska dobrego projektu nowego prawa przygotować się nie da.

To nieudany początek pracy nad nowym Prawem zamówień publicznych i źle wróży na przyszłość. Prawo, które rządzi stu czterdziesto miliardowym rynkiem, nie może powstawać w ten sposób. Dzisiaj prawie nikt tego prawa nie szanuje i mało kto stosując go w praktyce czyni to z przekonaniem, że choć miejscami „twarde”, w istocie jest rozsądne i że takie być powinno. Gdyby uchwalony został projekt w wersji opublikowanej ostatnio na stronach UZP i RCL, stan ten jeszcze by się pogłębił. To zdecydowanie zbyt wysoka cena, której w żaden sposób nie usprawiedliwia dotrzymanie terminu implementacji nowych dyrektyw.

 

 

Tomasz Czajkowski