NA MARGINESIE – MARZEC 2014

22

„System na zakręcie”

Polski system zamówień publicznych znajduje się w stanie głębokiego kryzysu. Symptomy tego, co dziś już widać gołym okiem, dawały się zauważyć dużo wcześniej. Z jakichś powodów jednak, nie chciano ich widzieć, i do istniejących czynników „kryzysogennych” konsekwentnie dokładano kolejne.

Szczególnie wyraziście pokazuje to proces nowelizowania Prawa zamówień publicznych, którego kolejne zmiany bardziej szkodziły, niż pomagały. W zdecydowanej większości miały charakter incydentalny, powstawały pod wpływem chwili lub na konkretne zapotrzebowanie. „Klasyczny” przykład, potwierdzający tę  tezę, stanowi art. 24 ust. 1 pkt. 1a, który uzyskał adekwatne do sytuacji miano „lex Alpine”. Taka metodologia kształtowania przepisów Pzp utrzymuje się po dzień dzisiejszy. Pomimo usilnych starań nie usłyszałem rzeczowego argumentu, uzasadniającego podniesienie progu obowiązywania ustawy akurat do 30 tys. euro, a nie np. do 20 tys., jak pierwotnie chciał UZP, czy 50 tys., jak wcześniej przewidywał projekt posła Szejnfelda. To właśnie dzięki takim – i tak podejmowanym – decyzjom Prawo zamówień publicznych utraciło wewnętrzną spójność i klarowność, przestało być stabilizatorem systemu, gwarantującym jego poprawne funkcjonowanie.

Złe prawo zawsze sprzyja złym praktykom, a niekiedy nawet je wymusza, bądź uzasadnia ich stosowanie. Jest to szczególnie groźne w przypadku zamówień publicznych. Zniszczenie swoistej równowagi pozycji zamawiającego i wykonawcy, jako głównych graczy występujących na rynku, wygenerowało szereg zjawisk i procesów, fatalnie wpływających na jego funkcjonowanie. Ciche, ale ewidentne promowanie ceny jako jedynego kryterium oceny ofert wprowadziło na ten rynek bylejakość, opłacana często jak towar pierwszej jakości, a przy okazji, w wielu postępowaniach z konkurencyjności uczyniło kategorię bardziej statystyczną niż ekonomiczną.

Złe prawo sprzyjające złym praktykom stanowi świetną pożywkę dla wszelkiego rodzaju patologii, zwłaszcza w obszarze, w którym sektor publiczny styka się z sektorem prywatnym. Nie inaczej jest na zamówieniowym rynku. Afera „informatyczna” w byłym MSWiA, afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, zmowy wykonawców przy budowie autostrad – to, jak sądzę, zaledwie początek listy. A przecież korupcja nie jest jedyną patologią, jaką należałoby na niej uwzględniać.

O tym, że źle i coraz gorzej dzieje się w systemie oraz na rynku zamówień publicznych mówi się w środowiskach „zamówieniowych” od kilku lat. Wielokrotniesygnalizowali to także eksperci, nie tylko od zamówień publicznych zresztą, a także media. Od pewnego czasu coraz bardziej stanowczo wskazują na to przedsiębiorcy i pracodawcy, przedstawiciele samorządu gospodarczego oraz liderzy związkowi. Wątpliwości, a nawet krytyczne oceny przy okazji kolejnych nowelizacji prezentują niektórzy posłowie. I co? I nic. Głuchy na to wszystko był prezes Urzędu Zamówień Publicznych, i niestety, także premier. Co prawda, prezesa z posady zwolnił, nie sądzę jednak, aby kłopoty ze słuchem były tego powodem. O co więc w tym wszystkim chodzi? Kto jeszcze i jakim głosem musi przemówić, aby dotarł on tam, gdzie trzeba?

Nie wiem, czy sytuacja, w jakiej znajduje się obecnie system zamówień publicznych, osiągnęła już masę krytyczną, wiem natomiast, że po raz pierwszy znalazł się on na tak poważnym zakręcie. Najwyższa pora, aby świadomość tego dotarła do szefa rządu, a także do parlamentarzystów, spokojnie procedujących nad kolejną nowelizacją. Najwyższa też pora, aby system zamówień publicznych z tego zakrętu wyprowadzić. Pierwszym zadaniem nowego prezesa UZP (który, mam nadzieję, lada chwila zostanie powołany) powinno być przedstawienie planu działania w tym zakresie.

Zanim to jednak nastąpi, należy publicznie postawić pytanie: dlaczego polski system zamówień publicznych na takim zakręcie się znalazł oraz ile kosztowało to polskich podatników. Ciekawe, czy ktokolwiek i kiedykolwiek zechce na to odpowiedzieć.