Próba rekapitulacji

53

            Kiedy niemal dwadzieścia lat temu w wąskim dosyć gronie entuzjastów zapadła decyzja utworzenia miesięcznika, poświęconego zamówieniom publicznym, towarzyszyło jej mnóstwo wątpliwości. Pamiętam to doskonale, bowiem płynące z wielu stron wróżby dość jednoznacznie stwierdzały, że rzecz cała okaże się efemerydą i  przetrwanie na rynku jednego choćby kwartału będzie trzeba uznać za sukces. Czas, jak widać, zaprzeczył tym czarnym przepowiedniom, chociaż, nie da się ukryć, łatwo nie było.

            Nie można też pominąć dość prostej zależności – działo się to niewiele ponad dwa lata od dnia wejścia w życie przepisów ustawy o zamówieniach publicznych, o której pewien liczący się wówczas polityk powiedział: „to się u nas nie przyjmie”. Przyjęło się, i pomimo wielu krytycznych opinii, tych dawniejszych i tych całkiem świeżych, funkcjonuje po dziś dzień.

            Na pierwszej stronie pierwszego numeru „entuzjaści”, którzy podjęli się redagowania Doradcy zamieścili swoistą deklarację. Napisali w niej między innymi: „pragniemy być przydatni każdemu, kto zajmuje się zamówieniami publicznymi – pracownikom administracji publicznej i samorządowej, przedsiębiorcom, radcom prawnym, arbitrom i trenerom, członkom komisji przetargowych, inspektorom organów kontrolnych.”  Widniało pod nią pięć podpisów. Jednym z nich, z czego nadal jestem dumny, jest mój własny i gdyby trzeba, gotów byłbym ponowić to oświadczenie. Dziś z pewnością pod takim przesłaniem autografów byłoby więcej.

            Ta ambitna bez wątpienia deklaracja zawieszała nader wysoko poprzeczkę merytorycznych wymagań. Wynika stąd całkiem jasno, że gromadzenie tekstów dla pierwszego, debiutanckiego numeru miesięcznika oraz numerów kolejnych, po części także debiutanckich, stała się sprawą wagi bardzo wysokiej. O wszystkim, jak dziś wiem z całkiem już bezpiecznego czasowego dystansu zdecydowała pasja, której nie waham się nazwać entuzjazmem pierwszej grupki autorów. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy potrzebni kształtującemu się systemowi zamówień publicznych, że mnóstwo ludzi liczy na naszą pomoc, radę, podpowiedź. Dobrze też rozumieliśmy rozterki, obawy, a niekiedy nawet strach przed „nowym”, przed sytuacją, w której nie da się unieważnić przetargu „bez podania przyczyn”. Mówiąc krótko – zespól osób, stanowiących wyraźnie ukształtowane środowisko Doradcy stanowił istotny element frontu walki o wdrożenie nowych przepisów oraz przełamania utrwalonych przez lat blisko sześćdziesiąt nawyków swobodnego wydatkowania publicznych pieniędzy. Między innymi „ojcowie założyciele” Doradcy w komplecie niemal znaleźli się na liście trenerów.

            Czy wówczas, w tych pierwszych latach, dobrze wypełnialiśmy rolę, którą dobrowolnie na siebie przyjęliśmy? Sądzę, że tak. Świadczyły o tym i listy, kierowane przez Czytelników do redakcji oraz indywidualnie do autorów publikacji (przesyłane pocztą, a jakże, bo e-mail jeszcze wówczas nie był w powszechnym użyciu), i masowy udział w szkoleniach, odbywających się pod patronatem Doradcy, i wreszcie liczne grono prenumeratorów miesięcznika.

            Co było dalej? Czas nieubłaganie biegł naprzód, system zamówień krzepł, walczył o swoje miejsce w świadomości społecznej oraz w rzeczywistości gospodarczej, a także, co chyba najważniejsze, wraz ze zmieniającymi się uwarunkowaniami zewnętrznymi, ewoluował. Tak jak system, umacniał się także Doradca, nabywali doświadczenia i pogłębiali swoją wiedzę autorzy, publikujący na jego łamach. Ale tak naprawdę, w tych pierwszych latach po wejściu w życie ustawy o zamówieniach publicznych wszyscy uczyliśmy się „zamówień”, jedni w „podstawówce”, inni w liceum (gimnazjów jeszcze wtedy nie było), jeszcze inni już na uniwersytecie. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości – niezależnie na jakim pułapie „wtajemniczenia”, uczyliśmy się wszyscy. W sposób naturalny ci, którzy wiedzieli więcej lub mieli większe doświadczenia, przekazywali je tym, których wiedza i doświadczenie było mniejsze lub żadne. Jestem przekonany, i nie jest to tylko moja opinia, że Doradca, a właściwie publikujący na jego łamach autorzy, robili to znakomicie.

            Jak wspominam ten okres – czas budowy podstaw systemu zamówień publicznych i zdobywanie przez Doradcę pozycji w tym systemie? Niewątpliwie bardzo dobrze, a dzisiaj, po upływie tak wielu przecież lat, ze szczególnym sentymentem. To były dobre lata. Czas pełnego, autentycznego zaangażowania, wiary w to, że robi się coś naprawdę dobrego, że – bez przesady – służy się wielkiej sprawie. W służbie tej, dzięki ludziom, którzy go tworzyli, sprawdzał się także Doradca.

            Potem było już dużo spokojniej, co oczywiście nie oznacza, że popadaliśmy w rutynę. Doradca zawsze starał się być na pierwszej linii frontu. Dlatego też na przykład uczestniczyliśmy aktywnie, już jako liczący się na rynku tytuł, w dyskusjach i konsultacjach, poprzedzających kolejne nowelizacje. Te najbardziej znaczące pojawiały się w latach: 1997, 1999, 2000, 2001, 2002, 2003. Uszczegóławiały one przebieg postępowań o udzielenie zamówienia, konkretyzowały wymagania, wskazywały częstokroć odmiennie niż poprzednio prawa i obowiązki stron -zamawiającego i wykonawcy, zmierzając do ustalenia właściwych proporcji pomiędzy nimi.

            W konsultacjach uczestniczyliśmy niejako na dwu równoległych poziomach, zarówno jako zespół redakcyjny, jak i indywidualnie, jako eksperci i specjaliści „od zamówień publicznych”. W obydwu przypadkach bezcennym elementem był żywy, permanentny kontakt z zamówieniowym rynkiem oraz baczne obserwowanie sytuacji z punktu widzenia wykonawców i zamawiających, a następnie przekazywanie, w zamieszczanych na łamach Doradcy publikacjach, zgromadzonych w trakcie spotkań lub szkoleń opinii, wniosków oraz poglądów.

            Pośród wymienionych wyżej nowelizacyjnych korekt, jako rok szczególny wskazać trzeba 2001, w którym miały miejsce dwie ważne nowelizacje. Nastąpiły w rezultacie pojawienia się, niemal równolegle, dwu projektów, rządowego i poselskiego. Przyniosły one między innymi radykalny zakaz stosowania kryteriów podmiotowych, przeciw którym wielokrotnie na naszych lamach występowaliśmy wskazując związane z tym korupcyjne zagrożenia. Pojawił się także obowiązek publikowania przetargowych ogłoszeń na stronach internetowych zamawiających, a dolny próg stosowania ustawy podniesiono do wysokości 30 000 euro. Ważnym, nowym  elementem, o który zabiegaliśmy, było otarcie możliwości wniesienia do sądu skargi na wyrok zespołu arbitrów, a także uregulowanie problematyki zamówień sektorowych.

            Potem prawie wszystko się zmieniło. W marcu 2004 roku, niemal siedem lat od pojawienia się Doradcy, obowiązująca przez dziesięć lat ustawa o zamówieniach publicznych zastąpiona została Prawem zamówień publicznych. Z satysfakcją należy odnotować, że drużyna naszego miesięcznika z ogromnym zaangażowaniem uczestniczyła w pracach nad jego projektem.

            To nowe prawo otwierało pewną cezurę, której trzeba było sprostać Siedmiolatek, mowa rzecz jasna o Doradcy, wbrew towarzyszącym narodzinom ponurym prognozom radził sobie na rynku coraz lepiej, co było tym ważniejsze, że na rynku wydawniczym pojawiła się konkurencja. Nie bacząc na to zespół miesięcznika, podobnie, jak w przypadku „starej” ustawy, stanął w pierwszym szeregu frontu wdrażającego nowe przepisy.

Powiązane artykuły

            Przez wiele miesięcy na łamach Doradcy dominowały teksty o interpretacyjnym lub wręcz szkoleniowym charakterze. Bezpośrednie spotkania z czytelnikami, których też bywało wówczas sporo, dostarczały „na żywo” materiału pozwalającego oglądać z bliska potrzeby uczestniczących w nich zamawiających i wykonawców. Te szkoleniowo – dyskusyjne sesje przechowuję wciąż w pamięci dla prostego powodu – niemal z każdej z nich wyłaniały się fascynujące problemy i potem trzeba było tylko usiąść, przemyśleć je i opisać. W jakiś sposób przypominało to początki systemu i pierwsze lata wdrażania ustawy o zamówieniach publicznych. Z jedną, istotną różnicą – klimat wokół nowych przepisów był o wiele lepszy, powiedziałbym nawet – przyjaźniejszy, nikt jakoś nie mówił, że także te nowe przepisy się „u nas nie przyjmą”. Co więcej – przez czas pewien pojawiło się nawet poczucie stabilności zamówieniowego prawa, ponieważ ustała nowelizacyjna galopada.

            Niestety, stan ten nie utrzymał się zbyt długo. Po, jeśli dobrze pamiętam trzech w miarę „spokojnych” latach, nowelizacyjne szaleństwo ruszyło ze zdwojoną energią. Było przecież nawet tak, że jeszcze jedna nowelizacja nie weszła w życie, a już zaczynały się prace nad kolejną.

            W tym miejscu nie wolno nie odnotować pewnej z dawna już widocznej tendencji, którą medycy nazwaliby zapewne „puchliną wodną”. W przypadku regulacji prawnych owo schorzenie polega na, niestety z rzadka tylko zasadnym, rozbudowywaniu przepisów, mnożeniu ich liczby, dodawaniu rzeczy zgoła niepotrzebnych. Dolewaniu wody i tyle. Przypomnijmy, że modelowa ustawa Uncitral liczyła sobie 57 artykułów, nasza z r. 1994 na starcie zawierała ich 97, zaś w nowelizacyjnych porywach bywało ich powyżej setki. Prawo zamówień publicznych w wersji opublikowanej w r.2004 składało się z.227 artykułów i tyleż ich jest do dzisiaj.

            W zespole Doradcy od zawsze dominował pogląd, że o jakości prawa nie decydują jego fizycznie rozumiane rozmiary, liczba artykułów, rygorów, zakazów, nakazów i wielokrotnie go wyrażaliśmy. Przywoływaliśmy wielokroć obowiązujące do dzisiaj rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów o zasadach techniki prawodawczej, wskazując in extenso konkretne uchybienia językowe, że o treści i istocie nie wspomnę. Bywało ostro.

            Nowelizacyjna galopada zaowocowała dla nas koniecznością odnoszenia się do zawartości kolejnych, „naprawczych” zabiegów. Nie było żadnych wątpliwości, kiedy te zabiegi wymuszane były pojawianiem się licznych skądinąd, wspólnotowych dyrektyw, choć i na tym polu nie brakowało zastrzeżeń. Wywodziły się one głównie z jakości przekładów na polski język, co do których otwartym tekstem wyrażaliśmy uwagi. Nie wystarczy dla tłumaczenia tekstów prawnych znajomość języka, jeśli brak głębszej znajomości przedmiotu, którego tekst dotyczy,. Banałem jest konstatacja, że ten drugi czynnik jest daleko ważniejszy zważywszy, że Internet zawiera dziś narzędzia pozwalające tłumaczyć obcojęzyczne teksty, tyle tylko, że pobieżna lektura rezultatów budzi prawdziwą grozę i wytycza przy okazji krótką ścieżkę ku interpretacyjnym nieszczęściom.

            Tak oto dotarliśmy do interpretacji, choć równie ważnym czynnikiem stymulującym nowelizacyjne szaleństwa były, i są zresztą nadal, źródła lub inspiracje, te od dyrektyw niezależne.. Nie da się wykluczyć, że pewna ich część wywodzić się mogła z różnego rodzaju „niewygód”, których konkretny zapis nastręczał.

            Tak więc odrębnym polem działań, o którym nie sposób zmilczeć, stały się w pewnym okresie dość ostre krytyczne wystąpienia, odnoszące się w przeważającej mierze do organów administracji wszelkiego autoramentu, organów kontrolnych lub mnóstwa funduszów, które z trudnych do wyjaśnienia powodów i nader często bez sensownych uzasadnień imały się interpretacji prawa.

            Wciąż pamiętam zwycięski bój przed NSA, w którym średnio kompetentny urzędnik żałośnie przegrał spór o bzdurne i szkodliwe odczytywanie przepisu zakazującego dzielenia zamówienia na części. Rzecz cała zaczęła się od wyników kontroli przeprowadzonej przez Prezesa UZP infrastrukturalnych przedsięwzięć pewnej dolnośląskiej miejskiej gminy współfinansowanych z unijnych środków. O poziomie tych kontrolnych działań też się wypowiedzieliśmy i z pewną satysfakcją notujemy pewne symptomy poprawy.  Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że od niedawna wspólnotowa dyrektywa wręcz dzielenie zaleca, co wspomnianego jegomościa, na szczęście już w zamówieniach nieobecnego, kompromituje ostatecznie.

            Nie obeszło się bez porażek. Za tę najpoważniejszą uznać należy brak jakichkolwiek sygnałów, poza dość enigmatycznymi zapowiedziami, o podjęciu prac nad nową ustawą. Trzynaście blisko lat Pzp i zgromadzone w tym okresie doświadczenia, te dobre i te złe, w pełni uzasadniają liczne apele, nasze i nie tylko, żeby stworzyć nowe, naprawdę nowe prawo. Wielokrotnie deklarowaliśmy w tej sprawie udział zarówno zespołu Doradcy, jak i licznej grupy naszych sympatyków i związanych z nami ekspertów. Jak dotąd zabiegi okazują się jałowe, ale nie tracimy nadziei i nie zamierzamy rezygnować. Wsparcie czytelników jest tu bardzo pomocne.

            Przed pięciu laty, z okazji piętnastolecia Doradcy napisałem  „ponieważ ten tekst wydaje się niebezpiecznie zmierzać w kierunku peanu na cześć dostojnego jubilata, zamiast się tego wypierać wolę potwierdzić, przypominając sentencję znanego autora historycznych powieści, Karola Bunscha, który powiadał, że: „Od fałszywej skromności lepsza jest prawdziwa  zarozumiałość.”

            Bezspornie trafne, zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawdziwe jest zarozumialstwo zasłużone, które przecież można także określić poczuciem własnej wartości. Oczywiście tkwi w tym pewne ryzyko zawyżania owej wartości, ale, jak pamiętamy, w zamówieniach publicznych obowiązuje tylko zakaz zaniżania. Dzisiaj w całej rozciągłości podtrzymuję tę wypowiedź. A wszystkim czytelnikom Doradcy oraz nam, piszącym i publikującym na jego łamach, życzę kolejnych, co najmniej dwudziestu lat. Pisać na pewno będziemy mieli o czym.

Zapraszamy do prenumeraty magazynu

Pełna treść artykułu jest dostępna w systemie informacji prawnej Legalis