Ludzie, którzy odeszli

14

Wydaje się, że tak niedawno byli jeszcze z nami … Trudno byłoby dzisiaj, gdy mija dwadzieścia pięć lat pracy z DORADCĄ i dla DORADCY, gdy podsumowujemy dorobek i cieszymy się sukcesami, nie wspomnieć o NICH, o naszych przyjaciołach którzy razem z nami współtworzyli DORADCĘ, a których dzisiaj z nami nie ma.

Jeżeli mamy poczucie satysfakcji z tego, co udało nam się osiągnąć, to z pewnością ONI mają w tym swój udział. ONI – to znaczy Andrzej Banaś i Jerzy Cywoniuk.

 

ANDRZEJ BANAŚ

Andrzej był postacią nietuzinkową, człowiekiem o rozlicznych zainteresowaniach i życiowych pasjach. Przyzna to każdy, kto miał z nim kiedykolwiek do czynienia, niezależnie od tego, czy był to kontakt dłuższy, czy doraźny.

Żył w dwóch światach; przez wiele lat urzędnik administracji państwowej i samorządowej, przebywający w twardym świecie przepisów i procedur, jednocześnie ogromnie wrażliwy na piękno i wszystkie jego przejawy. Erudyta, stały bywalec krakowskich piwnic jazzowych i salonów literackich, poeta i felietonista, autor dowcipnych limeryków, a równocześnie miłośnik kultury fizycznej i sportu, znakomity narciarz, tenisista i pływak. Także, a może przede wszystkim, człowiek wielkiego serca i wielkiej wrażliwości, przyjaciel ludzi i zwierząt, w głębi serca wierzący, że w ostatecznym rozrachunku zawsze zwycięży dobro, szlachetność i prawość. Należał do odchodzącego pokolenia niepoprawnych romantyków, postrzegających świat i ludzi poprzez uczucia i emocje, a nie przez kolejne wskaźniki bądź algorytmy.

W tomiku wierszy zatytułowanym „Banasiołki”, wydanym nakładem jednego z krakowskich wydawców, w wierszu „Okno” pisał:

Po zmroku
Szyba się staje zwierciadłem
Spójrz
Na ciemnym tle
Zobaczysz siebie
Tło wiele nie znaczy
Jednakże
Póki pora
Warto chyba
Zapisać je czymś jasnym

W gronie przyjaciół i znajomych znany był jednak przede wszystkim z dowcipnych, czasami na swój sposób pikantnych, limeryków. Zawsze miałem wrażenie, że pisząc je bawił się setnie, zapewne nie mniej, niż ich czytelnicy. Co ciekawe, niemało spośród nich poświęcił zamówieniom publicznym, być może sprowokowany tym, że kiedyś zapytałem Go, czy potrafiłby napisać limeryk na ten arcynudny temat. Aby udowodnić, że potrafi, z okazji szesnastych urodzin DORADCY, napisał taki limeryk”

 

Wokół Doradcy grupka ludzi
Lat szesnaście nieprzerwanie się trudzi
By od interpretacji Urzędowych rozlicznych
I bzdurnych – chronić system zamówień publicznych
Czy Uzetpe zapały ktoś wreszcie ostudzi?

 

Oczywiście obok tego było wiele innych, nie tylko o zamówieniach publicznych i o wiele bardziej odpowiadających formalnym wymogom tej formy literackiej. Szkoda, że nigdy nie dał się namówić na wydanie ich drukiem.

Z systemem zamówień publicznych związany od zawsze, był jednym z pierwszych jego współtwórców i kreatorów. Jako pełnomocnik ówczesnego wojewody krakowskiego od czerwca 1994 r. rozpoczął wdrażanie dopiero co uchwalonej ustawy o zamówieniach publicznych na terenie województwa. W tym samym czasie, w grupie kilkunastu osób, podjął pracę trenerską, szkoląc i przygotowując kadry dla powstającego systemu zamówień publicznych. Jako trener, wpisany na listę prowadzoną przez Prezesa UZP, kontynuował tę działalność przez kolejne lata. Z okazji dziesięciolecia systemu zamówień publicznych odznaczony został Złotym Krzyżem Zasługi.

Tak, jak z systemem zamówień, tak DORADCĄ związał się od samego początku. Był jednym z jego ojców-założycieli, należał do nielicznego grona osób, pracujących nad koncepcją pisma oraz treścią jego pierwszych numerów. Przez wiele lat członek Kolegium Redakcyjnego, następnie członek Rady Programowej naszego miesięcznika. Na łamach Doradcy opublikował ponad 160 artykułów i felietonów, przez wiele lat prowadził lubianą i cenioną autorską rubrykę „Obserwacje”.

Dogłębnie znał i jak mało kto rozumiał zamówienia publiczne, „czuł je” i potrafił znakomicie poruszać się po zamówieniowym świecie; doradzać, przestrzegać przed błędami, wskazywać właściwe rozwiązania. Oddany pracy, którą wykonywał do samego końca. Ostatni felieton z cyklu „Obserwacje”, jaki pięć lat temu opublikował na łamach DORADCY z okazji jego dwudziestolecia, nosił tytuł „Próba rekapitulacji”. W końcowej części zawartych tam rozważań napisał:

„Przed pięciu laty, z okazji piętnastolecia Doradcy napisałem  „ponieważ ten tekst wydaje się niebezpiecznie zmierzać w kierunku peanu na cześć dostojnego jubilata, zamiast się tego wypierać wolę potwierdzić, przypominając sentencję znanego autora historycznych powieści, Karola Bunscha, który powiadał, że: „Od fałszywej skromności lepsza jest prawdziwa  zarozumiałość.” Bezspornie trafne, zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawdziwe jest zarozumialstwo zasłużone, które przecież można także określić poczuciem własnej wartości. Oczywiście tkwi w tym pewne ryzyko zawyżania owej wartości, ale, jak pamiętamy, w zamówieniach publicznych obowiązuje tylko zakaz zaniżania. Dzisiaj w całej rozciągłości podtrzymuję tę wypowiedź.”

Andrzeju, czy dziś także podtrzymałbyś tę opinię?

 

JERZY CYWONIUK

Jerzy był człowiekiem wielkiego serca, wielkiej skromności i wielkiej pracowitości. Nie lubił wychodzić na plan pierwszy, ale zawsze był tam, gdzie być powinien, gdzie najlepiej mógł wykonać to, czego po nim oczekiwano. I w pracy, i w życiu osobistym wierzył ludziom i wierzył w ludzi, w ich dobroć, szlachetność i prawość. Ponieważ sam był taki, ufał, że w głębi serca wszyscy też są tacy.

Podobnie jak Andrzej Banaś był człowiekiem dwóch światów; z wykształcenia prawnik, przez większość życia urzędnik administracji państwowej, jednocześnie koneser i znawca sztuki, przyjaciel malarzy, poetów, aktorów. Zawodowo i rodzinnie związany z Lublinem przez wiele lat pracował tam na stanowisku dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury oraz dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki Wojewódzkiej Rady Narodowej. W roku 1975 powołany został na stanowisko wicewojewody w nowo utworzonym województwie bialskopodlaskim, gdzie odpowiadał, między innymi, za problematykę kultury, sztuki, nauki i oświaty.

Z systemem zamówień publicznych związał się od samego początku. Był arbitrem wpisanym na listę prowadzoną przez Prezesa UZP i sprawował tę funkcję do roku 2004. Starał się ją wypełniać niezwykle sumiennie, zawsze starannie przygotowywał się do rozprawy, aktywnie uczestniczył we wszystkich szkoleniach oraz konferencjach, organizowanych dla arbitrów.

Do grona ojców – założycieli DORADCY trafił chyba trochę z przypadku. Początkowo okazjonalnie, potem już systematycznie uczestniczył w pracach nad koncepcją pisma, poczynając od jego założeń merytorycznych, aż po makietę i ustalenia techniczne. Potem, gdy okazało się, że w organizującej się redakcji „od zaraz” potrzebny jest sekretarz – czyli, zwłaszcza na początku – człowiek „od czarnej roboty”, Jerzy odważnie podjął się tej funkcji. Nie zważał przy tym na związane z tym ryzyko; pracy włożyć trzeba było sporo bez żadnej gwarancji, że pomysł chwyci. Na szczęście „chwycił”, a sekretarz redakcji z właściwym sobie spokojem i profesjonalizmem zajmował się wszystkim i sprawami. Organizował pracę biurową, rozmawiał z pierwszymi prenumeratorami, rozsyłał zainteresowanym foldery informacyjne, załatwiał korespondencję, utrzymywał kontakt z autorami, a także własnym samochodem woził na pocztę dziesiątki kilogramów rozsyłanej prenumeraty. Przy tym, co w pierwszych miesiącach było szczególnie ważne – uczył nas wszystkich, jak prawdziwa redakcja wyglądać powinna.

W nawale tych prac udawało Mu się znaleźć chwilę czasu i coś dla DORADCY napisać. Między innymi ukazały się następujące artykuły Jego autorstwa: „Zasady udzielania zamówień” (Nr 5/97), „Mandat radnego a prawo ubiegania się o zamówienie publiczne” (Nr 8/97), „Jak zaoszczędzić kilkadziesiąt milionów złotych” (Nr 5/98), „O wyższości Świąt Bożego Narodzenia” (Nr 12/99), a także recenzje wydawnictw dotyczących zamówień publicznych, zamieszczane w rubryce „Warto przeczytać”.

Z pracy w redakcji oraz z aktywności zawodowej i społecznej zrezygnował, kiedy kłopoty zdrowotne stały się zbyt dolegliwe. W Redakcji bywał coraz rzadziej, ostatnio – na uroczystości dziesięciolecia DORADCY. Jak zawsze poprzednio, na tym spotkaniu, pomimo dolegliwości związanych z postępującą chorobą, był spokojny, życzliwie uśmiechający się do każdego, przyjacielski, otwarty i ciepły. Taki z pewnością byłby i dzisiaj na obchodach dwudziestopięciolecia DORADCY.

 

Tomasz Czajkowski