NA MARGINESIE – LIPIEC 2013

26

Jak co roku o tej porze Rada Ministrów przyjęła „Sprawozdanie z funkcjonowania systemu zamówień publicznych w 2012 r.”, przedłożone przez Prezesa UZP. Jak co roku też nie wzbudziło ono większego zainteresowania ani rządzących, ani mediów, ani ekspertów. Być może słusznie, bowiem jak co roku stanowi w istocie powielenie sprawozdań z lat ubiegłych, zarówno pod względem formy, sposobu podejścia do omawianej materii, jak również redakcji dokumentu. W kolejnych latach zmieniają się jedynie dane liczbowe, wskaźniki, daty itp. Nikogo nie namawiam, ale ciekawym doświadczeniem byłoby porównanie np. Sprawozdania za rok 2011 z tegorocznym, przy zastosowaniu dostępnej w programie Word funkcji „porównaj i scal dokumenty”. Nie to jednak stanowi podstawowy problem, ale powtarzająca się każdego roku merytoryczna miałkość tego dokumentu. Zwracałem na to uwagę w roku ubiegłym, odnosząc się do opublikowanego wówczas Sprawozdania, i dzisiaj podtrzymuję wszystko, co wówczas napisałem. Tak jak w latach ubiegłych Sprawozdanie jest klasycznym tworem urzędniczej biurokracji, niezawierającym nawet próby głębszej analizy procesów zachodzących na rynku zamówień publicznych, do których odnoszą się przytaczane dane liczbowe oraz wskaźniki. Podobnie jak całe Sprawozdanie, pełne ogólników oraz pustosłowia, są też zawarte na końcu dokumentu „wnioski i rekomendacje”. Stwierdza się tam między innymi: „niezależnie od przepisów najważniejsza jest praktyka ich stosowania. Niezwykle zatem ważną kwestią, wpływającą na prawidłowość funkcjonowania systemu zamówień publicznych, jest potrzeba zmiany nieprawidłowych przyzwyczajeń i postaw oraz praktyki zamawiających”. No właśnie, niby racja, ale co z tego wynika? Co w tej sprawie należy zrobić? Niestety, na tego rodzaju pytania Sprawozdanie odpowiedzi nie przynosi.

Bardzo szkoda, że opracowywanie i przyjmowanie przez Radę Ministrów tak ważnego dokumentu stało się zajęciem rutynowym, do którego nikt zdaje się nie przywiązywać większej wagi. Ciekawe na przykład, czy na posiedzeniu rządu odbyła się na jego temat jakakolwiek dyskusja, czy też po prostu dokonano odpowiedniego zapisu w protokole. Wniesienie Sprawozdania pod obrady rządu stanowiło naturalną okazję, aby w kontekście zawartych tam informacji oraz danych liczbowych przeprowadzić dyskusję, a następnie podjąć decyzję dotyczącą dalszych losów Prawa zamówień publicznych. Szkoda, że tak się nie stało, bowiem to, co się w tej sprawie dzieje, dawno już przekroczyło granice zrozumienia. Wbrew publicznym deklaracjom prominentnych posłów Platformy Obywatelskiej oraz zapowiedziom premiera w sprawie przygotowania nowego Prawa zamówień publicznych prace nad jego kolejnymi nowelizacjami trwają w najlepsze. Sejmowa komisja nadzwyczajna pracuje obecnie nad czterema projektami, w Sprawozdaniu wskazuje się na skierowane „do konsultacji społecznych oraz uzgodnień międzyresortowych” założenia do projektu kolejnej nowelizacji, a 18 lipca do laski marszałkowskiej wpłynął następny projekt, przygotowany przez grupę posłów PO. Czy ktoś jest w stanie coś z tego zrozumieć? Poza jednym, że już od dawna nikt nad procesem zmian w Prawie zamówień publicznych nie panuje i chyba panować nie chce.

Tezę tę wydaje się potwierdzać nowelizacyjna inicjatywa posłów Platformy Obywatelskiej. Jej autorem jest poseł Adam Szejnfeld, przewodniczący podkomisji nadzwyczajnej, powołanej do prac nad projektami nowelizacji Pzp, w tym projektu wniesionego przez rząd, którego PO jest głównym koalicjantem. A zatem albo pan poseł wraz z grupą kolegów nie zgadza się z projektem wniesionym przez własny rząd, albo nie jest w stanie, jako przewodniczący podkomisji, przekonać autorów tego projektu do potrzeby dokonania w nim stosownych autopoprawek. Podczas konferencji prasowej, poświęconej prezentacji projektu, przewodniczący klubu PO przekonywał, że „proponowane zmiany wychodzą naprzeciw postulatom zarówno przedsiębiorców, jak i samorządowców oraz związków zawodowych”, a poseł Szejnfeld twierdził, że „proponowana ustawa jest największą reformą Prawa zamówień publicznych w ostatnich latach”. Nie wiem, czy projekt wychodzi „naprzeciw” oraz jaką miarką mierzyć należy „wielkość” reform Pzp, także tej proponowanej przez posłów PO, wiem natomiast, że gdyby nawet była jeszcze większą niż „największa”, w obecnej sytuacji bardziej zaszkodzi, niż cokolwiek zmieni. Nie tylko dlatego, że projekt razi amatorszczyzną i zawiera kuriozalne pomysły, ale dlatego, że w ogóle został wniesiony. W taki sposób i w takich okolicznościach, podczas gdy nikt już od dawna nie wątpi, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest pilne opracowanie Prawa zamówień publicznych od nowa. Opartego o rzetelną analizę rynku zamówień publicznych, uwzględniającego ocenę stanu dyscypliny finansów publicznych oraz rzeczywistych zagrożeń korupcyjnych, zgodnego z literą i duchem prawa europejskiego. Licytowanie się z własnym rządem w sprawie wysokości progu obowiązywania ustawy jest działaniem dokładnie odwrotnym.

Nie wiem, co się jeszcze musi zdarzyć, aby świadomość tego dotarła do „reformatorów” oraz autorów pomysłów kolejnych zmian. Aby stało się jasne, że nieustanne majstrowanie przy wartym sto kilkadziesiąt miliardów rynku zamówień publicznych to zabawa bardzo niebezpieczna. Dla uczestników tego rynku przede wszystkim, ale także dla tych, którzy majstrują lub usiłują majstrować.