NA MARGINESIE – Sierpień 2012

21

Jeszcze do niedawna tematem dyżurnym w mediach oraz podczas dyskusji publicznych był „problem z podwykonawcami” robót budowlanych, głównie drogowych, którzy nie otrzymali zapłaty za wykonaną pracę. Mało skuteczne okazały się rozmaite formy nacisku na niepłacących im wykonawców, protesty, pikiety, blokady budów, a także towarzyszące im nerwowe reakcje polityków. I determinacja protestujących, i polityczna nerwowość były tu uzasadnione, bowiem „problem” dotknął setek, a być może tysięcy firm, które zawierzyły większym od siebie i podpisały z nimi umowy podwykonawcze. Na fali entuzjazmu związanego ze „skokiem cywilizacyjnym”, jaki przynieść nam miało EURO 2012, z budową autostrad oraz budowaniem w ogóle wiele z nich uwierzyło, że będą w stanie szybko i bezboleśnie uszczknąć coś z wielkiego tortu, który właśnie zaczęli dzielić potentaci świata budowlanego. Dlatego też małe i średnie firmy z ochotą przyjmowały rolę podwykonawców, często nie patrząc, ile faktycznie jest warta wybrana przez zamawiającego oferta wykonawcy, z którym właśnie podpisali umowę. Dziś przychodzi im za to wszystko płacić.

„Problemowi podwykonawców”, co oczywiste, towarzyszyła wrzawa polityczna i medialna. Zabrakło natomiast poważnej dyskusji o przyczynach sytuacji, która ten problem zrodziła, oraz o jej konsekwencjach dla zamawiających, ergo dla budżetu państwa. Nikt na serio nie próbował dociekać, z jakich powodów wykonawcy nie płacą swoim podwykonawcom; nie płacą, bo nie chcą, czy też nie płacą, bo nie mają z czego. I – co najważniejsze – nikt nie próbował dociekać, dlaczego mnożą się przypadki składania ofert, w których cena skalkulowana jest poniżej kosztów, i dlaczego są one przyjmowane przez zamawiających. Nie podjęto żadnej poważnej próby analizy tej sytuacji i postawienia stosownej diagnozy. W klimaty te wpisał się także minister Sławomir Nowak, który na majowym posiedzeniu Sejmu stwierdził: „dany wykonawca nie zapłacił swoim podwykonawcom. Mamy do czynienia z rażącą nierzetelnością wykonawcy w stosunku do podwykonawcy”. Chociaż jest to „oczywista oczywistość”, nic z tego nie wynikało. Istnienie choroby zostało wprawdzie oficjalnie stwierdzone, ale zamiast szukania jej przyczyn, minister zaproponował kurację polegającą na próbie usunięcia jej objawów. A do tego przy użyciu publicznych, całkiem niemałych pieniędzy.

Lekarstwem numer jeden stać się ma uchwalona przez Sejm w dniu 28 czerwca 2012 r. ustawa o spłacie niektórych niezaspokojonych należności przedsiębiorców, wynikających z realizacji udzielonych zamówień publicznych. Przyjęta w pośpiechu, w atmosferze presji społecznej oraz politycznej ma charakter incydentalny i obciążona jest licznymi wadami, poczynając od uzasadnionego domniemania niezgodności z Konstytucją. Nie o to jednak chodzi. Jeśli nawet dzięki niej kilkuset przedsiębiorców odzyska część należnych im pieniędzy, z całą pewnością nie rozwiąże „problemu podwykonawców” i nie zapobiegnie jego występowaniu w przyszłości. Ponadto, jak szacuje Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, jej realizacja będzie kosztowała budżet około 110 mln. zł. (swoją drogą ciekawe, skąd się ta kwota wzięła).

Lekarstwem numer dwa, jak należy sądzić, ma być kolejna nowelizacja Prawa zamówień publicznych, której projekt UZP skierował do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych, a która w całości poświęcona jest „problemowi podwykonawców”. Nie tylko ja jestem przekonany, że podobnie jak ustawa „czerwcowa” niczego nie załatwia. Jest to klasyczny wytwór biurokracji oparty na nienowym skądinąd przekonaniu, iż zwiększanie władztwa zamawiającego oraz umacnianie jego dominacji w postępowaniu przetargowym stanowi uniwersalne lekarstwo na każdą chorobę dręczącą system i rynek zamówień publicznych. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. Sytuacja taka jest właśnie inkubatorem tych chorób. Nikt mnie na przykład nie przekona, iż wyposażenie zamawiających w prawo kształtowania stosunku wykonawca – podwykonawca, łącznie z ingerencją w dobór tych ostatnich, „wzmocni ochronę słusznych praw podwykonawców” oraz zapewni wypłacanie im należnego wynagrodzenia. Łatwo sobie natomiast wyobrazić, do czego prawo to mogłoby być wykorzystywane.

Jak zatem wynika z powyższego, zaordynowana kuracja raczej choroby nie wyleczy, co najwyżej złagodzi niektóre jej objawy. Obawiam się więc, iż „problem podwykonawców” po letnim wyciszeniu da o sobie znać równie boleśnie, jak wiosną i wczesnym latem. I co wtedy? Może więc warto podejść do niego poważnie i systemowo, poszukać przyczyn jego występowania i zastanowić się, jak skutecznie je usunąć. Może warto sprawdzić przy tym, czy nie jest on konsekwencją powszechnego stosowania wyłącznie kryterium ceny przy wyborze oferty, czy uruchomiony dzięki temu przez zamawiających proces „równania w dół” nie obrócił się aby przeciwko nim samym. Jestem przekonany, że przeprowadzenie tych działań stanowi warunek konieczny załatwienia „problemu podwykonawców”, choć płynąca stąd wiedza mogłaby się okazać kłopotliwa, przynajmniej dla niektórych.