Tryby niekochane

37

Od początku istnienia polskiego systemu zamówień publicznych w odniesieniu do trybów ich udzielania ukształtował się układ dwubiegunowy. Po jednej stronie znalazł się (całkiem słusznie) przetarg nieograniczony, po drugiej (chyba niecałkiem słusznie) – tryb zamówienia z wolnej ręki. Pomiędzy nimi lokuje się cała reszta procedur, których łączne wykorzystanie od wielu lat nie przekracza 4,5%. W roku ubiegłym było to dokładnie 4,23%, przy czym udział zapytania o cenę w tym wskaźniku stanowił 3,29%. Wynika z tego, iż na pozostałych sześć trybów przypada łącznie 0,94%. Na tle innych, sporadycznie stosowanych trybów całkiem nieźle wypada dialog konkurencyjny, o którym piszemy w obecnym numerze. W porównaniu do roku 2016 wskaźnik jego wykorzystania wzrósł dwukrotnie, bowiem z 0,01% ulokował się na poziomie 0,02%. Wiem, że brzmi to lekko śmiesznie, ale moim zdaniem, problem wcale śmieszny nie jest. Uważam też, iż warto, zwłaszcza w związku z toczącymi się pracami nad projektem nowego Prawa zamówień publicznych, przyjrzeć mu się dokładnie. Tym bardziej, że dotychczas nikt się nad tym solidniej nie pochylał.

Na początek wypadałoby odpowiedzieć na pytanie, czy to źle, czy dobrze, że stosowanie przez zamawiających trybów, których wskaźniki wykorzystania nie przekraczają łącznie jednego procenta, kształtuje się właśnie w taki sposób. A potem spróbować ustalić, dla każdego trybu odrębnie, z jakich przyczyn tak się dzieje. Na mój gust nie jest to sytuacja dobra, ale oczywiście mogę się mylić, ponieważ kilkakrotnie spotkałem się ze zdaniem przeciwnym, łącznie z propozycjami likwidacji trybów najrzadziej stosowanych.

Oczywiście nie ma sporu, iż przetarg nieograniczony powinien dominować i stanowić podstawową procedurę udzielania zamówień publicznych. Wszyscy powtarzaliśmy to przez lata, czyniąc z tego najważniejszą zasadę systemu zamówień publicznych, której realizację twardo egzekwowały organy kontrolne. I pewnie dzięki temu nie wiedzieć kiedy przymiotnik „podstawowy” zaczął być rozumiany jako „jedyny”. Nieraz przecież było tak, że zamawiający, który zgodnie z ustawowymi przesłankami wykorzystał tryb inny, podpadał „organom” i musiał się z tego gęsto tłumaczyć. Taka praktyka, stosowana przez wiele lat, musiała przynieść efekty niepożądane. Przede wszystkim zniechęciła wielu zamawiających do przeprowadzania gruntownej analizy okoliczności oraz przesłanek zastosowania określonej procedury przy konkretnym zamówieniu. Najczęściej nikt nawet nie próbował się nad tym zastanawiać, bowiem „jak powszechnie wiadomo” należało zamówienia udzielić w trybie przetargu nieograniczonego. A przecież także było wiadomo, niestety nie wszystkim, że nie zawsze zastosowanie trybu przetargu nieograniczonego okazywało się rozwiązaniem optymalnym. Znam przypadki, w których prowadziło do wyborów złych, nie zaspokajających potrzeb zamawiającego lub powodowało konieczność unieważnienia postępowania, narażając go na poważne kłopoty. Czyli, jak to się mówi, operacja była udana, tyle tylko, że pacjent nie żyje.

Wydaje się więc, że nadeszła pora na zrewidowanie fundamentalistycznego podejścia do przetargu nieograniczonego poczynając od domniemania, że zastosowanie każdego innego trybu jest podejrzane i wymaga solidnej kontroli. Zrewidować też należy podejście do trybu zamówienia z wolnej ręki, który nie powinien być rozumiany jako jedyna alternatywa dla przetargu nieograniczonego. Jeśli jeszcze udałoby się przekonać zamawiających do przeprowadzania, w ramach czynności przygotowujących postępowanie, rzetelnej analizy wszystkich okoliczności związanych z wyborem trybu postępowania, wskaźniki ich stosowania zapewne by się zmieniły. Powstałaby otóż spora szansa, że w zwolnioną w ten sposób przestrzeń, w miejsce przetargu nieograniczonego i zamówienia z wolnej ręki, „wchodzić” będą procedury dotychczas przez zamawiających niekochane – przetarg ograniczony, negocjacje bez i z ogłoszeniem, partnerstwo innowacyjne, licytacja elektroniczna, a może nawet dialog konkurencyjny.