Dwadzieścia lat wcześniej

47

Kiedy w maju 1997 r. na świat przychodził Doradca, mało kto wróżył mu długi żywot. Nie dlatego, że już w dniu urodzin źle mu życzono, ale dlatego, że nawet przyjaciele obawiali się, czy przez dłuższy czas znajdą się tematy związane z zamówieniami publicznymi, o których warto będzie pisać. Obawy o czytelników raczej nie występowały, bo zapotrzebowanie na zamówieniową wiedzę było wówczas przeogromne. Minione dwadzieścia lat pokazało jednak, że pisać było o czym, a chętnych do zgłębiania wiedzy o zamówieniach publicznych nie ubywało.

Początki nie były łatwe, także ze względu na uwarunkowania zewnętrzne. System zamówień publicznych, który liczył sobie wówczas nieco ponad dwa lata był w trakcie budowy, a statuujące go przepisy ustawy o zamówieniach publicznych z 1994 r. mówiąc delikatnie, u wielu osób entuzjazmu nie budziły. Sprawując od 1995 r. funkcję wiceprezesa Urzędu Zamówień Publicznych miałem okazję wielokrotnie się o tym przekonać. Przesądzały o tym dwa czynniki – po pierwsze obawa przed nieznanymi dotychczas, sformalizowanymi procedurami oraz konsekwencjami ich stosowania (skończył się między innymi czas unieważniania przetargów bez podania przyczyn), po drugie niewiedza lub, co było jeszcze gorsze, wiedza oparta o „prawdy obiegowe”. Dzisiaj brzmi to anegdotycznie, ale pewnie dlatego całkiem serio pytano w Senacie, dlaczego ustawa o zamówieniach publicznych nakazuje organizację obrony prac doktorskich w trybie przetargu nieograniczonego.

Przełamywanie barier związanych z niechęcią do nowych rozwiązań prawnych, wprowadzających całkiem nową jakość do praktyki działania jednostek sektora finansów publicznych, było zadaniem nieomal tytanicznym. Dotyczyło to przede wszystkim samorządu terytorialnego, który, o czym mało kto dzisiaj pamięta, wywalczył sobie roczne opóźnienie obowiązku stosowania przepisów ustawy o zamówieniach publicznych. Ale nie tylko. Od początku, a potem przez kilka kolejnych lat nie mogło się z tym obowiązkiem pogodzić środowisko nauki i szkolnictwa wyższego, a także jednostki kultury, przede wszystkim biblioteki i teatry.

Urząd Zamówień Publicznych, a właściwie rząd, robił co mógł, aby temu wszystkiemu skutecznie przeciwdziałać. Między innymi w każdym województwie (a było ich wówczas 49) powołano pełnomocnika wojewody ds. wdrażania ustawy o zamówieniach publicznych, w UZP utworzono listę trenerów, specjalnie przygotowanych do prowadzenia szkoleń z zakresu zamówień publicznych, Urząd podpisał też porozumienie z wieloma instytucjami oraz ośrodkami szkoleniowymi w sprawie organizowania i prowadzenia tych szkoleń. Wydawano całe tony materiałów szkoleniowych oraz informacyjnych, organizowano konferencje i seminaria – lokalne, wojewódzkie, ponad wojewódzkie, ogólnokrajowe, angażując do tego między innymi Regionalne Izby Obrachunkowe. Była to ogromna, trudna i ciężka praca, angażująca w skali kraju setki, jeśli nie tysiące osób.

Przypominam to wszystko nie z potrzeby snucia kombatanckich wspomnień ale po to, aby wracając do początków Doradcy przywołać kontekst, w jakim powstawał i rozpoczynał publiczny żywot, pokazać, gdzie są jego korzenie. Bo to właśnie ta sytuacja, związana z wdrażaniem ustawy o zamówieniach publicznych, a właściwie z budową podstaw systemu zamówień publicznych, przesądziła o decyzji powołania Doradcy do życia. Zarówno ja, jak i koledzy, dzisiaj nazywani „ojcami założycielami” nie mieliśmy wątpliwości, iż trzeba utworzyć czasopismo, które powinno stać się ważnym instrumentem we wdrażaniu przepisów nowej ustawy, aktywnie uczestniczyć w tworzeniu polskiego systemu zamówień, stanowić forum wymiany doświadczeń, opinii, poglądów i propozycji środowisk zamówieniowych.

Projekt pisma – od początku zdecydowano, że ma to być miesięcznik – powstał bardzo szybko. Prawie bez dyskusji zaakceptowano też jego tytuł, który, choć dziś może wydawać się niezbyt „zgrabny” (bez kropki bądź myślnika pomiędzy słowami „Publiczne” a „Doradca”), wówczas wszystkim bardzo się podobał. Jeśli dobrze pamiętam całość spraw, łącznie z wyglądem zewnętrznym (bo trudno byłoby mówić o „grafice”) oraz układem treści (działy, rubryki etc.) numeru „załatwiona” została podczas dwóch, góra trzech spotkań. Przy wszystkich niewątpliwych plusach takiego podejścia słabą stroną była bardzo prościutka, nieco „zeszytowa” okładka oraz ubożuchna szata „graficzna” wnętrza Doradcy. Jedyny oryginalne element numeru stanowił spis treści, umieszczony na „skrzydełku”, tzn. na pasku papieru, uzyskanym z przyciętej do połowy pierwszej strony. Okładka była w kolorze niebieskim, część winietki tytułowej także w kolorze zielonym. W sumie – całość robiła wrażenie sympatyczne i jak nie bez pewnej złośliwości powiedział jeden z kolegów „urzekała swoją prostotą”.

Pierwszy zespól redakcyjny tworzyło pięć osób: Andrzej Banaś, Jerzy Cywoniuk, Janusz Dolecki, Jerzy Pieróg oraz Ryszard Szostak. Krótko potem dołączył do nich Olgierd Sielewicz, a następnie Jarosław Jerzykowski. Wszyscy już bardzo dobrze znali się na zamówieniach publicznych, żaden natomiast, może z wyjątkiem Jurka Cywoniuka, na redagowaniu i wydawaniu czasopisma. Nikt jednak wówczas specjalnie się tym nie przejmował uznając słusznie, iż zdecydowanie ważniejsza niż forma jest treść, a zatem to, o czym i jak należy pisać, a nie to, w jaki sposób będzie to redagowane, drukowane i rozpowszechniane.

Zgodnie z tym założeniem podstawowy dział Doradcy, według propozycji Jurka Pieróga, miał nosić tytuł „Jak udzielić i jak uzyskać zamówienie”. Kolejne działy zatytułowane zostały: „Umowy o zamówienia publiczne”, „Wnioski do Prezesa UZP” (tak, tak – pisało się wówczas takie wnioski, np. w sprawie zgody na zastosowanie trybu z wolnej ręki; do UZP wpływało ich rocznie kilka tysięcy), „Orzecznictwo arbitrażowe”, „Uwagi kontrolera”, a także dział poświęcony organizacji i metodologii szkoleń – „Wiedza kluczem do sukcesu”. Każdy dział był oznaczony odrębnym piktogramem – ten najważniejszy dużym znakiem zapytania, „Umowy” – dłońmi w uścisku, „Orzecznictwo” – wagą, „Uwagi kontrolera” dłonią z grożącym palcem etc.

Tak, w dużym skrócie, wyglądał pierwszy numer Doradcy. Dzisiaj, mając go w ręku można by powiedzieć, iż w sposób „proroczy” wyznaczył on podstawowe kierunki polityki publikacyjnej, równie aktualne dwadzieścia lat temu, jak i dzisiaj. No bo co my tam mamy? W dziale „Jak udzielić i jak uzyskać zamówienie” Janusz Dolecki pisze o przetargu nieograniczonym przy wartości zamówienia powyżej 20 tys. ECU, Ryszard Szostak w artykule „Zanim podpiszesz umowę” przedstawia podstawową wiedzę na temat umów oraz procedur ich zawierania, Andrzej Banaś doradza, jak formułować i uzasadniać wniosek do prezesa UZP o zgodę na skrócenie terminu składania ofert, Marta Włodarczyk prezentuje pierwszą część Komentarza do Regulaminu postępowania przy rozpatrywaniu odwołań w sprawach o udzielanie zamówień publicznych. Jest jeszcze artykuł „Kontrola zamówień publicznych w gminach”, Uchwała Trybunału Konstytucyjnego z 12 marca 1997 r. oraz „Wykaz instytucji i ośrodków szkoleniowych, z którymi UZP podpisał porozumienie w sprawie zasad organizowania szkoleń z zakresu zamówień publicznych”.

Wszystkie te publikacje dotyczyły spraw ważnych, jednakże najważniejszym materiałem, zamieszczonym w pierwszym numerze Doradcy był projekt nowelizacji ustawy o zamówieniach publicznych. Było to niezmiernie ważne, bowiem ustawa po raz pierwszy miała być tak istotnie zmieniona. Do projektu odniósł się ówczesny prezes UZP Piotr Urbankowski w wypowiedzi, publikowanej jako tekst otwierającej ten numer. Stwierdził między innymi: „dotychczasowe doświadczenia związane z zamówieniami publicznymi wskazują na potrzebę dokonania niezbędnych zmian, zarówno w samej ustawie, jak również w aktach wykonawczych. (…) Istnieje także konieczność dostosowania polskich procedur udzielania zamówień publicznych do przepisów prawa Unii Europejskiej i zobowiązań międzynarodowych, podpisanych przez rząd (…).” W dodatku do numeru zamieszczony był pełny tekst projektu ustawy nowelizacyjnej wraz z redakcyjnym komentarzem pt. „Nowelizacja tak, ale …”. Napisano w nim, iż celem, który przyświeca redakcyjnym spostrzeżeniom jest „chęć zastanowienia się nad celowością, a także nad konsekwencjami przyjęcia niektórych zapisów w proponowanym brzmieniu” (prawda, że brzmi znajomo?).   

Tak było dwadzieścia lat wcześniej, w maju 1997 roku. Dzisiaj mamy rok 2017 i zapewne należałoby zapytać – co będzie dalej? Jak potoczą się kolejne losy Doradcy? Jaki będzie przez następne lata? Trudno być prorokiem we własnym kraju, ale jestem pewien, że Doradca będzie i że zachowa silną pozycję w systemie zamówień publicznych. Przesądza o tym nie tyle bardzo duże, dwudziestoletnie przecież doświadczenie oraz od dawna ugruntowana pozycja w tym systemie, ile ogromny potencjał, jakim praktycznie od początku dysponuje, przede wszystkim „kadrowy”, a zatem intelektualny.

Zawsze, przez wszystkie minione lata wielką, podstawową wartością Doradcy byli i są związani z nim ludzie. Na początku ci, którzy rozpoczynali jego redagowanie – Andrzej Banaś, Jerzy Cywoniuk, Janusz Dolecki, Jerzy Pieróg, Olgierd Sielewicz, Ryszard Szostak oraz ci, którzy dołączyli do nich nieomal na drugi dzień po narodzinach miesięcznika – Waldemar Łysakowski, Andrzej Borowicz, Jacek Kaczmarczyk, Marta Włodarczyk, Piotr Świątecki, Jarosław Jerzykowski, Halina Olszowska, Andrzej Laskowski, Zbigniew Leszczyński, Ewa Wiktorowska, a także ci, którzy związali się z nim nieco później –  Damian Szczepański, Włodzimierz Dzierżanowski, Irena Skubisza-Kalinowska, Radosław Pruszowski, Paweł Przychodzeń, Władysław Iwaniec, Piotr Zatyka. Ale przecież byli jeszcze inni – dziesiątki autorów, którzy publikowali i publikują w Doradcy swoje artykuły.

Kolejną, wielką wartością Doradcy są jego Czytelnicy, w zdecydowanej większości wierni mu przez długie lata, związani z nim nie tylko na płaszczyźnie merytorycznej, ale – zaryzykuję takie stwierdzenie – także emocjonalnej. Może nie przez wszystkich i nie w każdych okolicznościach, ale Doradca był i jest pismem lubianym, przyjaznym, po które chętnie się sięga.

To oni wszyscy – Redaktorzy, Autorzy i Czytelnicy przesądzali o dotychczasowych losach Doradcy, o drodze, którą przebył, o pozycji, jaką uzyskał w systemie i w zamówieniowych środowiskach. Jeśli nic się tu nie zmieni, jeśli nadal zechcą pozostać z Doradcą, pisać dla niego i go czytać, jestem o przyszłość spokojny. Dwadzieścia lat wcześniej okazało się czasem dobrym, dwadzieścia lat później też jest nieźle, za kolejnych dwadzieścia lat powinno więc być znakomicie. 

Zapraszamy do prenumeraty magazynu

Pełna treść artykułu jest dostępna w systemie informacji prawnej Legalis