Klauzule społecznie potrzebne

35

W ostatnim okresie, za sprawą „zaleceń” dotyczących stosowania klauzul społecznych przez administrację rządową przy udzielaniu zamówień publicznych, które przyjęła Rada Ministrów, o klauzulach tych zaczęło się mówić. Zainteresowały się nimi nawet czołowe tytuły prasy codziennej. Choć w polskich przepisach dotyczących zamówień publicznych nie jest to instytucja całkiem nowa dobrze się stało, że w ten sposób przypomniano o jej istnieniu oraz o możliwościach, jakie stwarza zamawiającym rządowym i samorządowym. Oby to przypomnienie okazało się skuteczne, bowiem jak dotychczas, mało kto spośród nich uwzględnia aspekty społeczne w prowadzonych postępowaniach. Jeśli dane, zawarte w sprawozdaniu z funkcjonowania systemu zamówień publicznych w roku ubiegłym są prawdziwe, nie ma czym się chwalić. W ogłoszeniach opublikowanych w BZP tylko 183 zamawiających zastrzegło, że o udzielenie zamówienia mogą ubiegać się wyłącznie wykonawcy, u których ponad 50% stanowią osoby niepełnosprawne. Należałoby zatem postawić pytanie: dlaczego tak się dzieje? Co powoduje, że zamawiający nie sięgają po możliwość wykorzystania zamówień publicznych do realizacji polityki społecznej państwa?

Sądzę, że przyczyn jest wiele. Jednak kluczowe znaczenie wydaje się mieć to, że przez dwadzieścia lat koncentrowaliśmy się wyłącznie na aspektach proceduralnych, powtarzaliśmy, iż zamówienie publiczne to optymalizacja wyboru ekonomicznego, dokonywanego przez dysponenta środków budżetowych. Nie ukształtowała się żadna „polityka” realizacji zamówień. Równocześnie przepisy, dotyczące finansów publicznych, surowo nakazywały gospodarność i oszczędność przy wydatkowaniu tych środków. W latach dwutysięcznych do tego wszystkiego doszła jeszcze chorobliwa podejrzliwość organów kontrolnych (i nie tylko), które nieomal w każdym postępowaniu „czegoś” się dopatrywały. Najbezpieczniej więc było „nie wychylać się”, formułując warunki udziału w postępowaniu w możliwie najprostszy sposób, a do wyboru oferty stosować jedynie kryterium ceny. Obawiam się, że taki model działania, w którym nie mieszczą się ani społeczne, ani „zielone” aspekty, mocniej niż sądzimy, utrwalił się w świadomości zamawiających. Przede wszystkim dlatego, że jest bezpieczny, a do tego jeszcze wygodny. Obawiam się, że przełamanie go będzie o wiele trudniejsze, niż napisanie dobrego, nowego Prawa zamówień publicznych.

Nie ulega wątpliwości, że po dwudziestu latach obowiązywania w Polsce systemu zamówień publicznych nadszedł czas na poważne zmiany nie tylko w przepisach prawa, ale także w mentalności uczestników zamówieniowego rynku. Dotyczy to przede wszystkim zamawiających, dla których skończył się czas prostego i „wygodnego” kupowania usług, dostaw i robót budowlanych.  Optymalizacja wyborów ekonomicznych, dokonywanych w ramach prowadzonych procedur musi odbywać się w kontekście znacznie szerszym niż dotychczas. W pierwszym rzędzie z uwzględnieniem aspektów społecznych właśnie, ale także ekologicznych oraz innych, wynikających z lokalnych czy regionalnych uwarunkowań i potrzeb. 

Wierzę, iż pogląd ten podzieli nowe kierownictwo Urzędu Zamówień Publicznych. Póki co jednak mamy kolejną odsłonę – sam już nie wiem, dramatu czy farsy – bowiem niespodziewanie odwołana została wiceprezes, pełniąca od grudnia 2013 roku obowiązki prezesa UZP. Na dzień dzisiejszy jest więc sytuacja taka, że Urząd wciąż nie ma szefa, nie ma także dyrektora generalnego oraz dyrektora Departamentu Prawnego. Na placu boju pozostał jedyny obecnie wiceprezes, którego obdarzono pełnieniem obowiązków szefa Urzędu i aż się boję pomyśleć, co będzie dalej. Być może w tym wszystkim jest jakiś głębszy zamysł, którego prosty człowiek nie jest w stanie pojąć, być może do czegoś ma to prowadzić. Tymczasem jednak jest źle, a szanse na terminową implementację nowych dyrektyw oraz uporządkowanie systemu zamówień publicznych coraz bardziej się oddalają.