NA MARGINESIE

26

Nawet się nie obejrzeliśmy, jak minęły pierwsze tygodnie nowego roku. Jest to już siedemnasty rok obowiązywania w Polsce systemu zamówień publicznych i wielu z nas, „ludzi od zamówień”, wciąż zastanawia się jaki będzie i co nam przyniesie. Pytaliśmy także o to w naszej noworocznej minisondzie i uzyskaliśmy wypowiedzi, w których oczekiwania i nadzieje dotyczą wielu kwestii o zasadniczym znaczeniu. Ja dołożyłbym do nich jeszcze jedno – chciałbym, aby był to rok wielkich i mądrych oszczędności. Wielkich – bo dziura budżetowa do małych nie należy, a dług publiczny też jakoś maleć nie chce. Mądrych – bo nie sztuka „polecieć po etatach”, zredukować środki na inwestycje, ściąć budżety jednostkom podległym. To oczywiście też, ale są to „maszyny proste”, a w sytuacji, która do prostych nie należy, sięgnąć trzeba po coś więcej. Na przykład mądrze wykorzystać możliwości, jakie w tym zakresie stwarza, bądź stwarzać powinien, system zamówień publicznych. Zamiast wymyślać kolejne nowelizacje, „ulepszać” kolejne „ulepszenia”, wziąć ołówek oraz liczydła i za pomocą prostej arytmetyki policzyć co się naprawdę opłaca, co jest sztuką dla sztuki, a co wynikiem pomieszania arytmetyki z polityką.

A konkretnie? Proszę bardzo. W roku ubiegłym, powołując się na rządowy dokument dotyczący konsolidacji finansów publicznych, pisaliśmy o rychłym powołaniu centralnej jednostki zamawiającej i skonsolidowaniu zakupów na rzecz administracji. Na takie rozwiązanie jako źródło poważnych oszczędności wskazywał ostatnio także prof. Leszek Balcerowicz. I co? Jak na razie – nic. A przecież jest to sprawa stosunkowo prosta i niewymagająca skomplikowanych działań, korzyści natomiast jak w banku.

Od wielu lat na rynku zamówień publicznych dominuje jedno kryterium oceny ofert, mianowicie cena. Nikt się tym specjalnie nie przejmuje, a niektórzy uważają nawet, że to bardzo dobrze i gospodarnie. Tu znowu kłania się ołówek i liczydła, bo nawet komputera nie trzeba, aby dowieść, że często jest wręcz przeciwnie. Namawiałem kiedyś do oceniania najtańszej oferty w kategoriach kosztu finalnego, choć z pewnością każdy ekonomista wskaże jeszcze inne sposoby weryfikacji poglądu, że kupować najtaniej znaczy oszczędzać. Póki co wykonawcy, zgodnie z życzeniem zamawiających, ścigają się w pomysłach, jak obniżyć cenę składanej oferty, a następnie, po jej wybraniu, co zrobić, aby mimo wszystko wyjść na swoje. Jako rozwiązania równoważne montuje się tańsze i gorsze urządzenia, podejmuje próby wymuszania na zamawiającym składania zamówień dodatkowych, stosuje się inne materiały, podzespoły, surowce itp. Oczywiście za to wszystko, wcześniej czy później, płaci zamawiający.

I wreszcie kwestia o podstawowym znaczeniu. Prawo zamówień publicznych po wielu zmianach, tak naprawdę pozostające w stanie permanentnej nowelizacji, nie sprzyja optymalizowaniu wyborów ekonomicznych zamawiającego. W pogoni za „upraszczaniem”, „ułatwianiem”, „przyspieszaniem” i „odformalizowaniem”, co samo w sobie w rozsądnych granicach jest jak najbardziej słuszne, zagubione zostało myślenie w kategoriach „kosztu finalnego” przeprowadzanych operacji nowelizacyjnych. W pewnym momencie kalendarz stał się ważniejszy od liczydeł. A przecież szybciej i łatwiej nie musi oznaczać lepiej i oszczędniej, zwłaszcza z punktu widzenia interesów budżetu. Można by nawet rzec, że na ogół bywa wręcz odwrotnie.

Szkoda, że w czasie kryzysu finansów państwa te aspekty systemu zamówień publicznych nie są postrzegane jako pierwszoplanowe. Że nie wprowadza się prostych rozwiązań, na które pozwalają istniejące przepisy, a które nieomal natychmiast przyniosłyby odczuwalne oszczędności. Szkoda, że dominującym, jeśli nie jedynym wyznacznikiem konkurencyjności wartego blisko 140 mld zł polskiego rynku zamówień publicznych jest, tak jak na wschodnich bazarach, cena.

Miejmy nadzieję, że to się zmieni. Stare przysłowie powiada, że oszczędnością i pracą ludzie się bogacą. Banał? I owszem, ale także prawda. Pracować już się powoli uczymy, nauczmy się oszczędzać. Mądrze i konsekwentnie. Naprawdę, a nie dla pozoru. Może wówczas ten banał się spełni i rzeczywiście zaczniemy się bogacić.