NA MARGINESIE – PAŹDZIERNIK 2013

39

Od pewnego czasu coraz częściej i głośniej mówi się o kryteriach, na podstawie których zamawiający dokonują wyboru oferty najkorzystniejszej. Zaczyna się też mówić, także coraz głośniej, o dominacji kryterium cenowego oraz o konsekwencjach tego, iż powszechnie stosowane jest ono jako jedyne. To oczywiście znakomicie, bowiem nic tak bardzo nie jest systemowi zamówień publicznych potrzebne, jak rozmowa, a raczej szeroka debata na ten temat. Obawiam się jednak, iż nie wszyscy upatrywaliby w tej debacie takiego samego celu. Jestem przekonany, że wielu jej uczestników broniłoby jak niepodległości poglądu, iż cena nie tylko powinna, ale musi być jedynym kryterium oceny ofert, niezależnie od tego, w jakiej procedurze byłyby wybierane.

Ciekawa wymiana poglądów na ten temat odbyła się podczas wrześniowego posiedzenia sejmowej Komisji Gospodarki, na którym odbywało się pierwsze czytanie kolejnych projektów nowelizacji Prawa zamówień publicznych. Posłanka Maria Janyska – uzasadniając projekt wniesiony przez grupę posłów Platformy Obywatelskiej – stwierdziła, iż nadużywanie kryterium cenowego oraz stosowanie go jako jedynego, dominującego, z pominięciem lub marginalizowaniem innych kryteriów, „powoduje negatywne konsekwencje – jakościowe, ograniczające konkurencyjność w gospodarce, a także ograniczające dostęp dla wielu podmiotów do zamówień publicznych”. Nic dodać, nic ująć, chciałoby się wręcz powiedzieć, że jest to sama prawda. Nieco gorzej wygląda jednak realizacja tej prawdy w projekcie. Proponowany zapis art. 91 zobowiązuje zamawiającego, który ustanowił wyłącznie kryterium cenowe do wykazania w protokole, ze „zastosowanie innych kryteriów nie przyczyni się do zmniejszenia wydatków ze środków publicznych ponoszonych w całym okresie korzystania z przedmiotu zamówienia”. Pomijając dziwaczną redakcję´ (konia z rzędem temu, kto przy pierwszym, a nawet trzecim czytaniu zrozumie, o co chodzi), wydaje się, iż nie jest to najlepsze lekarstwo na prawidłowo zdiagnozowaną chorobę. Nie czepiajmy się jednak, po pierwsze dlatego, że jest to projekt, a nie przepis uchwalony, po drugie dlatego, że, jakby nie było, stanowi krok we właściwym kierunku. Jakie będą następne – czas pokaże.

Nie twierdzę przy tym i nigdy nie twierdziłem, że spowodowanie stosowania innych niż cena kryteriów oceny ofert to problem łatwy i przyjemny. Obawiam się też, iż nie załatwi go żaden, nawet najbardziej sprytnie zredagowany przepis, bowiem przymus prawny nie jest najlepszym lekarstwem na tę chorobę. Także dlatego, iż utrwalany przez lata model „jednego kryterium” jest dla wielu uczestników systemu

zamówień publicznych bardzo wygodny, a co więcej, zyskał sobie niemal publiczną aprobatę. Sądzę więc, że droga do sukcesu jest tu raczej długa i lokuje się nie tyle w obszarze prawa, co praktyki. Niektórzy, zapewne słusznie, mówią, że nie jest to problem prawny, lecz „mentalny” i zapewne mają sporo racji. Dla potwierdzenia tego wskazują, także słusznie, że obecnie żaden przepis nie zakazuje stosowania kryteriów pozacenowych i że ustawa zawiera ich wzorcowy katalog, a także, iż chodzi nie tylko o stosowanie tych kryteriów, ale o to, aby stosowane były mądrze. A tego już – dodają – żadna ustawa zagwarantować nie jest w stanie. Znowu słusznie, bo jak na przykład ocenić przetarg, w którym cena stanowi 90, a jakość lub termin gwarancji (i owszem, kryteria pozacenowe) 10 procent? Kwiatek zawsze kiepsko wygląda na kożuchu.

Ale może na początek, zanim zaczniemy przełamywać złe nawyki zamawiających, spróbujmy przekonać licznych kontrolerów, inspektorów czy agentów służb, że ten, kto nie kupuje najtaniej, wcale nie musi być podejrzany, a ten, kto wybiera najtańszą ofertę, nie zawsze postępuje gospodarnie i oszczędnie. Spróbujmy przekonać ich, aby zastąpili domniemanie winy obowiązującym w całym cywilizowanym świecie domniemaniem niewinności. Czym zrobimy to szybciej, tym lepiej, ponieważ czas wyjątkowo skutecznie pracuje tu na niekorzyść zamówieniowego rynku, który w „kryterialnej” lidze mocno odstaje od rynków europejskich. W Unii Europejskiej otóż na podstawie jedynie kryterium ceny rozstrzyga się 30 procent przetargów, w pozostałych znajdują zastosowanie także inne kryteria. W Polsce, jak wynika z danych UZP, jest dokładnie odwrotnie – około 73 procent postępowań o wartości powyżej progów unijnych rozstrzyga się przy zastosowaniu jedynie kryterium cenowego. Trudno nie zadać pytania – dlaczego? Dlaczego nikt ważny do tej pory nie zainteresował się, jakie są przyczyny tego stanu rzeczy? Czy nasz rynek zamówień publicznych aż tak różni się od innych europejskich rynków, że musi nim rządzić bazarowa reguła najniższej ceny?

Nawet nie będę próbował odpowiadać na te pytania, nie tyle z braku miejsca, ile dlatego, że tak jak w przypadku „polityki” stosowania kryteriów oceny ofert, wymagają one publicznej debaty. Procesy, których dotyczą, nie przebiegały w próżni, lecz na rynku o wartości 150 mld, miały więc bezpośredni wpływ na stan gospodarki i finansów państwa. Jestem zatem przekonany, iż niezależnie od tego, kiedy i jakie rozwiązania w sprawie kryteriów zostaną przyjęte, debata taka odbyć się musi.