NA MARGINESIE – STYCZEŃ 2013

18

Wprowadzenie do Prawa zamówień publicznych instytucji dialogu technicznego jest decyzją ze wszech miar słuszną. Stanowi on rozwiązanie leżące zarówno w interesie zamawiających, jak i wykonawców. Być może choć w części rozwiąże problem doradztwa technicznego, jakie podczas wielu postępowań jest konieczne na etapie przygotowywania SIWZ oraz opisu przedmiotu zamówienia.  Być może przyczyni się też do wyeliminowania niezręcznych, niekiedy dwuznacznych sytuacji, w których zamawiający nieformalnie, po cichutku, zwracał się o konsultację bądź informacje techniczne do potencjalnych wykonawców zamówienia. Piszę „być może”, bo trochę obawiam się, iż dialog techniczny podzieli losy dialogu konkurencyjnego, który, jak wiadomo, wykorzystywany jest śladowo. Jasne, że są to dwie różne instytucje, obie jednak oparte zostały na „dialogu”, prowadzonym w relacji zamawiający – potencjalni wykonawcy zamówienia. Takich właśnie sytuacji, w których oba te światy komunikują się nie poprzez dokumenty, a twarzą w twarz, zamawiający wolą unikać, i mają w tym swoje racje. Nie chcą ewentualnych podejrzeń i domniemań, a być może czegoś więcej, bo zawsze może się znaleźć ktoś, kto powie: „przecież już wcześniej się dogadali”. Dlatego tak ważne jest skrupulatne przestrzeganie przez zamawiających, którzy zdecydują się na prowadzenie dialogu technicznego, ustawowych zasad przejrzystości i zachowania uczciwej konkurencji. Przede wszystkim jednak robić należy wszystko, co służy przełamywaniu atmosfery podejrzliwości, jaka „z urzędu” towarzyszy wszelkim kontaktom zamawiających z potencjalnymi wykonawcami, mającym miejsce podczas przygotowywania czy prowadzenia postępowania. Wyjaśniać też trzeba i tłumaczyć, jak wiele korzyści, i to przeliczalnych na złotówki, obu stronom postępowania przynieść może racjonalne wykorzystanie możliwości stwarzanych przez dialog techniczny. 

 
Szkoda, że o tym wszystkim, podobnie jak o wielu innych kwestiach, związanych ze zmianami przepisów Pzp wprowadzonymi ostatnią nowelizacją, nie mówiło się w okresie przygotowywania  jej projektu oraz podczas prac legislacyjnych. A nie mówiło się po pierwsze, dlatego, że nie było ku temu zbyt wielu okazji, a po drugie, dlatego, że debatę o poważnej i rozległej nowelizacji zdominowała problematyka wiążąca się praktycznie z jednym przepisem. Na nic się to zresztą nie zdało, bowiem przepis pozostał, podobnie jak niesmak spowodowany powstałą wokół niego sytuacją. Jak się to skończyło, wiadomo, chociaż nie do końca. Poza niesmakiem pozostała jeszcze żaba w postaci wyroku Trybunału Sprawiedliwości z dnia 13 grudnia 2012 r., którą, wcześniej czy później, trzeba będzie jakoś zjeść. Może to jednak nie wystarczyć, bowiem coraz głośniej mówi się o procesach odszkodowawczych, związanych z wykluczeniami z postępowań przy zastosowaniu feralnego przepisu. Lepiej więc chyba, zamiast kompromitujących wywodów, które tłumaczą, „co autor na myśli miał”, przyjąć do wiadomości treść wyroku TS i szybciutko wystąpić z projektem skreślenia z Pzp przepisu niezgodnego z prawem europejskim, a przy okazji być może także z Konstytucją. I jeszcze jedno – jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie – jest to pogląd dominujący w środowisku ekspertów „od zamówień”.  
 
Aby nie było tak, że jest tylko źle albo jeszcze gorzej, z satysfakcją odnotować należy przygotowany przez Urząd Zamówień Publicznych i przyjęty w grudniu ubiegłego roku przez Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji „Plan informatyzacji zamówień publicznych w Polsce”. Jest to dokument bardzo ciekawy, dobrze opracowany, a przede wszystkim niezwykle potrzebny. Czytamy w nim, że informatyzacja zamówień publicznych oznaczać będzie kompleksową organizację całego procesu udzielania zamówień w środowisku teleinformatycznym. „Odpowiednio zaprojektowany i skonfigurowany system teleinformatyczny umożliwi zamawiającym kompleksowe zarządzanie procesem przetargowym na wszystkich etapach postępowania”. W grudniowym numerze Doradcy z 2011 r. pisałem o potrzebie nakreślenia „kompleksowej i wielostronnej perspektywy informatyzacji systemu” oraz stworzenia „mapy drogowej”, wyznaczającej w tym zakresie konkretne cele i możliwe terminy ich realizacji. Wydaje się, iż „Plan” idzie jeszcze dalej niż przedstawiane przeze mnie postulaty i zakłada cel o wiele ambitniejszy, mianowicie zbudowanie „Sytemu eZamówień”. Wstępny harmonogram projektu przewiduje, że zostanie on oddany do użytkowania w 2016 roku. Nie wiem, czy jest to termin realny, tym bardziej, że autorzy dokumentu, dokonując analizy ryzyka związanego z realizacją tego projektu, sami identyfikują „kluczowe czynniki”, które „mają lub mogą mieć wpływ” na jego „kształt, zakres, harmonogram”. Wiem natomiast, iż zapewne nie tylko ja będę mocno trzymał kciuki, aby wszystko, co w tym „Planie” założono, udało się zrealizować.