NA MARGINESIE

23

Zamówienia sektorowe to „państwo w państwie” systemu zamówień publicznych. Specyficzne, niezwykle ważne, rządzące się nieco innymi prawami, niż reszta zamówieniowego świata. I zapewne słusznie, ponieważ w odróżnieniu od reszty zamawiających ich głównym zadaniem jest zaspokajanie – wprost bądź pośrednio – podstawowych potrzeb każdego z nas. Słusznie też przy prowadzeniu działalności korzystają ze szczególnych uprawnień, jakie przyznaje im państwo, bowiem w interesie państwa, czyli nas wszystkich leży, aby zadania te wykonywane były jak najefektywniej. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie którejkolwiek z dziedzin codziennego życia bez sprawnie działającego sektora użyteczności publicznej.

Zamówienia sektorowe to także ogromnie ważna część polskiego rynku zamówień publicznych, bowiem dzięki nim każdego roku trafia tam ponad czterdzieści miliardów złotych. To kwota bardzo duża, sięgająca poziomu jednej czwartej wartości całego zamówieniowego rynku, przy czym, co jest szczególnie istotne dla innych uczestników rynku – prawie w całości składają się na nią kupowane dostawy i usługi.

Zapewne zabrzmi to jak truizm ale zaryzykuję i powiem wyraźnie, iż rolę i znaczenie podmiotów sektorowych dla realizacji celów publicznych państwa (i nie tylko) trudno jest przecenić. Powstaje pytanie – czy państwo odpowiednio do tego zapewnia im prawne oraz faktyczne możliwości optymalnego wykonywania zadań w tym zakresie, a mówiąc innymi słowy – czy oczekując tego od nich, samo właściwie wywiązuje się ze swojej roli.

Warto przypomnieć, iż ich status jako zamawiających sektorowych, w miarę całościowo, uregulowany został dopiero w Prawie zamówień publicznych, uchwalonym w styczniu 2004 r. Potem, w ramach kolejnych, mniej lub bardziej udanych nowelizacji, dość szczęśliwie przepisy „sektorowe” były oszczędzane. Niezależnie od tego, czy można je uznać za dobre, stan ten dawał zamawiającym sektorowym nieobecne od dawna w systemie zamówień publicznych poczucie pewności prawnej. Działo się tak zapewne w dużej mierze dzięki dyrektywie sektorowej, którą udało się w miarę poprawnie implementować do naszych przepisów, ale także dlatego, iż w bogatym spektrum dyskutowanych publicznie zamówieniowych problemów, „sektorowe” zajmowały niewiele miejsca. Nieproporcjonalnie mało było także publikacji oraz opracowań, dotyczących tej problematyki.

Sądzę, że najwyższy czas, aby to zmienić. Zamówieniami sektorowymi, ich specyfiką, trudnymi i złożonymi problemami, z jakimi na co dzień borykają się zamawiający sektorowi powinny w znacznie większym stopniu zainteresować się nie tylko firmy doradcze, ale także osoby naukowo zajmujące się zamówieniową problematyką, autorzy literatury fachowej, publicyści, a także praktycy, działający nie tylko w tym sektorze. Na początek – publiczna dyskusja tocząca się od dłuższego czasu, nie tylko w zamówieniowych środowiskach zresztą, na temat stanu polskich przepisów dotyczących zamówień, znacznie szerzej objąć powinna problematykę sektorową. Dopilnować powinni tego przede wszystkim sami zainteresowani, którzy – szczerze mówiąc – wydają się wyznawać zasadę, iż jak mniej się o czymś mówi, tym dla tego czegoś lepiej.

Dobrą okazję i podstawę stwarza tu „Zielona księga” w sprawie modernizacji polityki UE w dziedzinie zamówień publicznych w kierunku zwiększenia skuteczności europejskiego rynku zamówień (Green Paper on the modernisation of EU public procurement policy: Towards a more efficient European Procurement Market) z lutego br. Mówi się tam sporo i ciekawie o zamówieniach sektorowych oraz o ewentualnych kierunkach zmian, jakie, zdaniem Komisji, powinny być w tym zakresie wdrażane przez kraje członkowskie. Zachęcam do poważnego pochylenia się nad tym dokumentem, nie tylko zamawiających sektorowych zresztą. Na podobne zainteresowanie zasługuje także stanowisko rządu w sprawie tej księgi, które na swojej stronie internetowej udostępnia Urząd Zamówień Publicznych. Jest ono odpowiedzialne i wyważone, a także ciekawe merytorycznie, oczywiście nie tylko w odniesieniu do zamówień sektorowych.

A zatem, jak mówią – może coś się wreszcie zacznie dziać. Może „Zielona księga” oraz odnoszące się do niej stanowisko rządu nie okażą się kolejnymi, interesującymi dokumentami, których żywot zakończy się w szufladach polskich i brukselskich urzędników. Może zainicjują one oraz ukierunkują rzeczywiste i potrzebne zmiany europejskich i polskich przepisów, dotyczących zamówień publicznych. Nie tylko w odniesieniu do zamówień sektorowych.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.