NA MARGINESIE – KWIECIEŃ 2013

23
Granice bagatelności
 
Ciekaw jestem bardzo, kto wymyślił i puścił w obieg określenie „bagatelne” w stosunku do zamówień, których wartość lokowała się poniżej progu obowiązywania przepisów o zamówieniach publicznych. Bez wątpienia było to dawno temu, niewykluczone, że wówczas, gdy próg ten wynosił 3000 euro, a może jeszcze wcześniej. Ale czy nawet w tym czasie, w odniesieniu do tych zakupów, można było powiedzieć, że są „bagatelne”?
 
Według Słownika języka polskiego „bagatelny” to „mało znaczący, nieważny, błahy, nieistotny, niegodny uwagi”. Niechby wykonujący swoje czynności inspektor NIK czy RIO usłyszał, i˝ nie dopełniono jakichś wymogów formalnych, bo zakup (wydatek) był „bagatelny”, a zatem „niegodny uwagi”. Aż strach pomyśleć, co by się wówczas działo. I zapewne słusznie, bowiem przy wydatkowaniu środków publicznych pojęcie to niemoże mieć zastosowania. Ważna i „godna uwagi” jest dosłownie każda złotówka. Nie oznacza to, rzecz jasna, że każdą z nich należy objàç reżimem zamówień publicznych. Jednakże progu wartości zamówień, od którego miałby on zastosowanie, nie powinna wyznaczać granica ich „bagatelności”, ale rzetelna analiza zamówieniowego rynku oraz stan dyscypliny finansów publicznych. A tego, jak się wydaje, przy obecnym podnoszeniu dolnego progu, zabrakło. Żadną miarą nie przekonują mnie argumenty, które uzasadniały podniesienie progu, zarówno w projekcie rządowym, jak i poselskim. Mam też wrażenie, iż obecna kwota progowa jest bardziej wynikiem dziwacznego kompromisu niż jakichkolwiek analiz. Przypomnijmy, iż rząd proponował 20 tys., grupa posłów 50 tys., ostatecznie „stanęło” na 30 tys., z czego wszyscy wydają się być zadowoleni.
 
Aby nie było wątpliwości – w żadnym razie nie jestem zwolennikiem wydatkowania każdej budżetowej złotówki w trybie zamówień publicznych. Nie jestem, czy raczej nie byłem, zwolennikiem utrzymywania dotychczasowego progu 14 tys. euro, bowiem nie ulega wątpliwości, iż już wcześniej powinien on zostać podniesiony. Marzy mi się jednak, aby chociaż w tej kwestii, w odróżnieniu od wielu innych zmian, wprowadzanych do Pzp, decydowaΠy racje, a nie „kompromisy”, merytoryczne, osadzone w realiach argumenty, a nie wskazywanie, że w innych krajach jest „wyżej”. Być może „wyżej” powinno być także u nas, ale, na miły Bóg, niechże to z „czegoś”, poza chciejstwem i demagogią, wynika. I jeszcze jedno, o czym się jakoś nic nie mówi. Jeżli wierzyć danym UZP, podniesienie dolnego progu do obecnej wysokości może oznaczać „wyjście” spod ustawy ponad 30 proc. dotychczasowych zamówień publicznych. Jeżli to prawda, należy postawić pytanie, czy rzeczywiście nasz system finansów publicznych jest na to przygotowany. Mam nadzieję, że tak. Mam też nadzieję, że na tę sytuację przygotowani są sami zamawiający, i że nie uwierzą w to, iż zakupy poniżej wartości 30 tys. euro są „bagatelne”.
 
Obok dobrej wiadomości, dotyczącej podwyższenia dolnego progu obowiązywania Pzp, jest jeszcze jedna, dosłownie sprzed kilku dni. Otóż Trybunał Konstytucyjny rozprawił się nareszcie z absurdalnie wysoką opłatą od skargi na wyrok Krajowej Izby Odwoławczej. Nieomal od dnia podwyższenia tej opłaty eksperci oraz zdecydowana większość uczestników rynku zamówień publicznych nie miała wątpliwości, iż jest to decyzja zła. Praktycznie zablokowała możliwość dochodzenia swoich racji przed sądem zdecydowanej większości wykonawców ubiegających się o zamówienia publiczne i do minimum ograniczyła sądowy nadzór nad orzecznictwem Krajowej Izby Odwoławczej. Od początku też budziła wątpliwości konstytucyjne. O tym wszystkim mówiono i pisano wielokrotnie, także na łamach „Doradcy”. Z jakichś powodów nie przyjmował tego jednak do wiadomości Urząd Zamówień Publicznych oraz, niestety, posłowie, spokojnie procedujący kolejne nowelizacje. I dlatego, zamiast jednej, krótkiej zmiany w ustawie o kosztach sądowych w sprawach cywilnych, którą można było „załatwić” przy okazji którejś z nowelizacji Pzp, trzeba było angażować Trybunał Konstytucyjny, i to aż dwukrotnie. Cóż tu można powiedzieć?