NA MARGINESIE – Luty 2011

30

W styczniu Urząd Zamówień Publicznych zamieścił na swojej stronie internetowej materiał zatytułowany „Propozycje zmian w ustawie Prawo zamówień publicznych” wraz z informacją, iż został on przekazany Zespołowi do Spraw Programowania Prac Rządu. Sprawa wygląda więc na poważną i z całą powagą powinna być potraktowana. Ponieważ zawarta jest tam także zachęta do zapoznania się z dokumentem, uczyniłem to z należną uwagą, ale też z odczuciami bardzo mieszanymi. Dlaczego ? Najprościej byłoby odpowiedzieć, że kto przeczyta, ten zrozumie, ja jednak nie zamierzam na tym poprzestać. Choć miejsca mało, wyjaśnię, dlaczego daleko mi do zadowolenia. A przy okazji – zachęcając do lektury dokumentu nikt jakoś nie zachęcał do wypowiedzi na temat zawartych w nim propozycji, co, nawiasem mówiąc, powinno nastąpić przed jego przekazaniem rządowemu zespołowi. Szkoda, ponieważ, jak uczy casus Acta, publiczna dyskusja mocno zyskała na znaczeniu, a także na skuteczności. Sądząc jednak po docierających do nas sygnałach jestem przekonany, że czy się to komuś podoba, czy nie, dyskusja taka z pewnością się odbędzie.

Jako uczestnik tejże oświadczam zatem na wstępie, że jestem gorącym zwolennikiem zmiany Prawa zamówień publicznych. Tyle tylko, iż nie w trybie jego kolejnej nowelizacji, niezależnie pod jakim szyldem przeprowadzanej, ale w drodze napisania go od nowa. Nie wiem, ile jeszcze razy trzeba będzie powtórzyć, iż nowelizowanie tego, co pozostało z pierwotnego kształtu tej ustawy jest drogą donikąd, bowiem poprawić się jej nie da. Jeśli nawet ktoś miał w tej sprawie wątpliwości, po lekturze „Propozycji” bez wątpienia się ich pozbędzie. Nie oznacza to oczywiście, iż każdy pomysł, jaki został tam zaprezentowany jest chybiony lub niepotrzebny. Wręcz przeciwnie, sporo jest propozycji interesujących i z pewnością zasługujących na poparcie. Jednakże wszystkie razem nie składają się na spójną koncepcję zmian systemowych, wprowadzających nowe rozwiązania i naprawiających to, co wcześniej zostało popsute. Jest tak, bowiem cały dokument, pomimo bogatej retoryki oraz pokaźnego rozmiaru, stanowi dramatyczny wyraz braku całościowego podejścia do systemu, nieogarniania jego aktualnego stanu i kondycji. Nie może być inaczej jeśli uparcie, tak, jak w poprzednich nowelizacjach, postrzega się go we fragmentach, bez widzenia związków oraz wzajemnych zależności, jakie pomiędzy nimi zachodzą.

Jak się wydaje brak tych związków dotyczy także szerszego kontekstu. Wielce oryginalny jest na przykład pomysł wprowadzenia „preferencji europejskich”, blokujących dostęp do polskiego rynku wykonawcom spoza UE, Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz krajów, z którymi Polska lub UE zawarła odpowiednią umowę międzynarodową. Jak szczerze wyznał „Gazecie Wyborczej” Prezes UZP ma to umożliwić rządowi polskiemu wywieranie presji na rządy państw, w których polskie firmy nie mogą ubiegać się o publiczne zlecenia, dodając przy tym, iż chodzi o Chiny, Rosję oraz Indie. Zadanie to rząd polski miałby realizować za pośrednictwem zamawiających, bowiem to oni właśnie decydowaliby, czy firmy z tych krajów mogą uczestniczyć w ogłaszanych przez nich postępowaniach. Być może jest to fragment jakiegoś nie znanego opinii publicznej, szerszego planu, ale ma się nijak do prowadzonej przez władze RP polityki zachęcania przedsiębiorców chińskich (i nie tylko) do inwestowania w naszym kraju.

Z szerszego kontekstu wyjęty jest także, słusznie skądinąd dostrzeżony, problem rażąco niskiej ceny. Być może dotyczące go propozycje pozwolą na ograniczenie szkód, czynionych przez powszechne stosowanie jedynego kryterium cenowego, ale na pewno ich nie wyeliminują. Aspiryną nie wyleczy się ciężkiego zapalenia płuc.
Niezbyt fortunnym pomysłom towarzyszy specyficzny język, w poważnych fragmentach stanowiący klasyczną urzędniczą nowomowę. No bo jak inaczej określić takie oto sformułowanie: „wprowadzenie instrumentów dostępnych organom administracji publicznej w celu realizacji zadań określonych przepisami w obszarze zamówień publicznych”. Jak się dalej okazuje, jednym z tych instrumentów jest „doprecyzowanie” kadencyjności członków Rady Zamówień Publicznych. Być może coś w tym jest, być może się czepiam, ale „instrumenty dostępne organom” jakoś dziwnie dzwonią mi w uchu.

Uważam otóż, że potrzebne są nie „instrumenty” i „doprecyzowania”, ale zmiana filozofii, dotyczącej podstawowych założeń systemu. Przywrócenie równowagi stron postępowania o zamówienie publiczne. Rekonstrukcja systemu środków ochrony prawnej. Skuteczny model monitoringu i kontroli, a także wiele innych rozwiązań. I wreszcie – potrzebna jest odwaga, aby wycofać się z niefortunnych pomysłów, wprowadzonych poprzednimi nowelizacjami.