NA MARGINESIE – LUTY 2014

22

Instytucja kontroli wzajemnej

Kontroli nikt nie lubi, bo przecież któż chciał­by być kontrolowany. Kontrola zwykle koja­rzy się źle – ze strachem, ponieważ „zawsze do czegoś mogą się przyczepić”, z dolegliwościami związanymi z koniecznością realizacji zaleceń po­kontrolnych, a także, co też się przecież zdarza, z sankcjami dyscyplinarnymi lub czymś jeszcze gor­szym. Znałem wielu kontrolerów, którzy święcie wierzą, że strach kontrolowanych jest warunkiem koniecznym procesów kontrolnych. Jednocześnie każdy z nas, nielubiących kontroli, zdaje sobie spra­wę, że są one nie do uniknięcia, a co więcej, że tak naprawdę są potrzebne. Bo że bywają potrzebne, a często nawet niezbędne, trudno zaprzeczyć. Go­rzej, kiedy ta potrzeba czy niezbędność jest opacznie rozumiana bądź nadużywana, a chęć kontrolowania przeradza się w obsesję. A jeszcze gorzej, jeśli do te­go przyjmie się założenie, iż „dobra” kontrola jest le­karstwem uniwersalnym na każde zło – prawdziwe czy urojone.

Drugą stroną tego medalu jest swoisty paradoks po­legający na tym, że nasza niechęć do bycia przed­miotem kontroli jest odwrotnie proporcjonalna do chęci kontrolowania. Być może dlatego (a nie z bra­ku zaufania państwa do własnych obywateli, broń Boże) rozmaitych instytucji i organów kontrolują­cych oraz rodzajów kontroli mamy ilość wielką. Ni­komu nie przeszkadza, jak się wydaje, że zakresy ich działania, kompetencje i właściwości często pokry­wają się, „zachodzą na siebie”, a bywa, że ze sobą kolidują. Mają przy tym jednak wspólny mianownik – praktyczne stosowanie panującej od pewnego cza­su zasady, która odwrotnie do przyjętych na świecie standardów, zakłada domniemanie winy w miejsce domniemania niewinności.

A jak jest w zamówieniach publicznych? Powiedział­bym, że tak jak wszędzie, a czasami nawet gorzej. Może je kontrolować tyle instytucji, „organów” oraz służb, że nie podejmę nawet próby ich wyliczenia. Mówi się, iż od nadmiaru głowa nie boli, jednak w tym przypadku ból głowy byłby jak najbardziej wskazany. Przede wszystkim dlatego, że w sensie systemowym nikt ich nawet nie próbuje koordynować, dlatego, że ich efektywność wydaje się co naj­mniej problematyczna, a także dlatego, że wszech­obecne domniemanie winy wymusza na zamawiają­cych wybieranie oferty najtańszej. Wpisany niegdyś w Prawo zamówień publicznych system kontroli, przede wszystkim uprzedniej, z jakichś powodów zo­stał szybko i skutecznie rozmontowany, a w powstałą w ten sposób lukę wcisnął się każdy, kto chciał. W efek­cie zrobiło się tak, iż w zakresie kontroli zamówień pu­blicznych, zwłaszcza współfinansowanych ze środków europejskich, Prezes Urzędu ma niewiele, a bywa, że najmniej, do powiedzenia. Żadną miarą nie jest to sytua­cja normalna. Ale nie to jest najgorsze. Poprzez szereg nieprzemyślanych nowelizacji zniszczono, wprawdzie względną, ale istniejącą niegdyś równowagę stron postępowania o zamówienie publiczne, ponad miarę i potrzeby umacniając pozycję zamawiającego kosztem pozycji wykonawcy Do minimum ograniczono jego możliwości „patrzenia zamawiającemu na ręce” oraz skutecznej obrony własnych interesów. Ma to fatalny wpływ na funkcjonowanie systemu i rynku zamówień publicznych, bowiem żadne instytucje kontrolne pań­stwa nie są w stanie zastąpić mechanizmów kontroli wzajemnej – wzajemnego „patrzenia na ręce” – stron postępowania o zamówienie publiczne. Muszą one jed­nak być wpisane w system i wynikać z jego istoty.

Byłem, jestem i będę zwolennikiem kontroli wszędzie tam, gdzie jest ona niezbędna, z zamówieniami pu­blicznymi na czele. Natomiast byłem, jestem i będę przeciwnikiem kontroli opartej nie na merytorycznych przesłankach, a na przyjętym a prioridomniemaniu winy, kontroli fasadowej oraz przeprowadzanej przez osoby bądź organy niekompetentne. Jestem także zde­cydowanym przeciwnikiem mnożenia ich ilości, nie tylko dlatego, że jestem przeciwny dręczeniu ludzi, ale dlatego, że nie wierzę, aby ilość przechodziła w jakość. W przypadku zamówień publicznych to wszystko jest szczególnie groźne, bowiem przynosi skutek odwrotny od tego, jaki powinien być efektem profesjonalnie prze­prowadzonej kontroli. Może więc postawić na rozwią­zanie tańsze i prostsze – zacząć bardziej ufać ludziom?