Pierwsze koty za płoty

54

Właśnie mijają dwa miesiące obowiązywania nowego Prawa zamówień publicznych. To z pewnością zbyt krótki czas, aby obserwując zamówieniowy rynek można było w sposób uprawniony oceniać praktyczne funkcjonowanie nowych przepisów. Zdecydowanie za wcześnie jest też na formułowanie jakichkolwiek opinii lub wniosków w tym zakresie. Wszystkich, którzy mają na to ochotę, bądź już to czynią, niezależnie od tego, czy chwalą, czy krytykują, zachęcałbym do wstrzemięźliwości i powstrzymania się od komentarzy co najmniej przez kilka najbliższych miesięcy. Tym bardziej, że w styczniu polski rynek zamówień publicznych nieomal całkowicie zamarł – w BZP i TED opublikowano zaledwie 854 ogłoszenia o zamówieniu, podczas gdy w styczniu ubiegłego roku takich ogłoszeń było nieomal dziesięciokrotnie więcej. Bez wątpienia nie jest to sytuacja normalna.

Dokładnie, w podziale na zamówienia krajowe i unijne, przedstawia się to w sposób następujący. Liczba ogłoszeń opublikowanych w Biuletynie Zamówień Publicznych wyniosła ogółem ponad dwadzieścia jeden tysięcy i jest wyższa od liczby ogłoszeń opublikowanych w styczniu ubiegłego roku o 4%, tyle tylko, że wśród nich ogłoszeń o zamówieniu jest zaledwie 460. W styczniu 2020 roku ogłoszeń o zamówieniu opublikowano 6.597, to znaczy czternastokrotnie więcej. Podobnie przedstawia się sytuacja w odniesieniu do zamówień publikowanych w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej (TED). W styczniu bieżącego roku polscy zamawiający opublikowali w nim 394 ogłoszenia o przetargach i konkursach, podczas gdy w styczniu 2020 roku takich ogłoszeń było 1.575. Co ciekawe, w grudniu 2020 roku ogłoszeń o przetargach i konkursach opublikowano 4.759 (dwunastokrotnie więcej), podczas gdy w grudniu 2019 roku takich ogłoszeń ukazało się 2.079, tzn. ponad dwukrotnie mniej.

w styczniu polski rynek zamówień publicznych nieomal całkowicie zamarł; ogłoszeń o zamówieniu było prawie dziesięciokrotnie mniej, niż rok temu

Jakie z tego płyną wnioski? Wydaje się, że oczywiste. Albo zamawiający nie znają jeszcze nowej ustawy, albo zapoznali się z nią i obawiają się nowych przepisów, albo i jedno i drugie – nie przyswoili sobie nowych rozwiązań i na wszelki wypadek założyli, iż są one dla nich mniej korzystne, niż przepisy dotychczasowe. Zapewne wpłynęła na to także uchwalona w ostatniej chwili nowelizacja oraz późne ogłoszenie aktów wykonawczych. Tak czy inaczej oznacza to, że wdrożenie nowego Prawa zamówień publicznych nie zostało należycie przeprowadzone, a zamawiający zareagowali na tę sytuację dużą nieufnością do nowych przepisów. Jak było w lutym zobaczymy, kiedy UZP udostępni dane za ten miesiąc. Obawiam się jednak, że niewiele się zmieni, bowiem zaufanie do prawa nie powstaje z dnia na dzień, tym bardziej, że poprzedzać je musi znajomość przepisów oraz przekonanie, iż zawierają rozwiązania słuszne.

Dlatego też uważam, iż na dzisiaj podstawowym problemem jest niedostateczna znajomość, czy wręcz nieznajomość, nowych przepisów o zamówieniach publicznych. Jakie są tego powody? Może wiele osób, zwłaszcza te, które poznawały zamówienia publiczne pod rządami poprzednich ustaw, mocno zraża do nowych regulacji już sam ich rozmiar? Zapewne pamiętają, że pierwsza ustawa liczyła 97 artykułów i że wydano do niej 14 aktów wykonawczych, podczas gdy dzisiejsza liczy artykułów 623, do czego doliczyć trzeba kilkaset przepisów zawartych w dwudziestu jeden obowiązujących obecnie aktach wykonawczych. Słyszałem wielokrotnie stawiane pytanie – „kto się w tym wszystkim połapie?” No właśnie, a przecież połapać się musi nie tylko zamawiający, ale również wykonawca.

Wiem, że porównywanie pierwszej ustawy z obecną może wyglądać na demagogię, ale przecież wzrostowi wartości rynku zamówień publicznych nie musi towarzyszyć równie dynamiczny wzrost liczby zamówieniowych przepisów. Kusiło mnie nawet aby policzyć, ile nowych artykułów ustawy przypada na kolejny miliard wartości zamówieniowego rynku. To oczywiście żart, ale mówiąc całkiem serio wcale nie musi być tak, że czym większy rynek, tym więcej przepisów reguluje jego funkcjonowanie. Może więc warto zaryzykować i postawić obrazoburczą tezę, iż powinno być dokładnie na odwrót? Aż strach się bać.

A co do tytułu – według rozmaitych mądrych źródeł zwrot „pierwsze koty za płoty” oznacza, że pewien początek został zrobiony, że dalej będzie łatwiej lub lepiej. I tego się trzymajmy.