Po prostu rynek

12

W żadnym wypadku nie podejmuję się rozstrzygać, czy w ramach systemu zamówień publicznych ważniejsze jest prawo, czy rynek na którym realizowane są zamówienia, podobnie jak nie podejmę się oceniać, czy pierwsze było jajo, czy kura. Roztrząsanie obydwu tych kwestii w sposób oczywisty prowadzi donikąd i żadnej wartości dodanej przynieść nie może. Nikt przecież nie kwestionuje, że rynek zamówień publicznych istnieje, że jego roczna wartość kilka lat temu przekroczyła sto miliardów i systematycznie rośnie, że w roku 2018 stanowiła 9,55% produktu krajowego brutto. Nikt też nie podważa, że regulatorem tego, co się na tym rynku dzieje są przepisy, przede wszystkim zawarte w Prawie zamówień publicznych. Z tym, jak sądzę, problemu nie ma. Problem natomiast zaczyna się wówczas, gdy analizujemy wzajemne relacje rynku i regulujących jego funkcjonowanie przepisów. Tyle tylko, że na ogół czynimy to powierzchownie i rzadko, albo wcale. Stąd też zaryzykuję tezę, iż nasza wiedza o tym, co się naprawdę na tym rynku dzieje jest powierzchowna lub żadna. Dowód? Sprawozdania Prezesa UZP o funkcjonowaniu systemu zamówień publicznych w kolejnych latach, które są jedynym źródłowym dokumentem odnoszącym się do tej materii i z których w płaszczyźnie analitycznej niezbyt wiele wynika. Inne dokumenty, badania bądź statystyki pojawiają się incydentalnie.

I tu mamy problem kolejny. Nie jestem i nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego ogromny zamówieniowy rynek, na którym każdego roku zawieranych jest dziesiątki tysięcy transakcji, nie budzi większego zainteresowania ekonomistów, urzędników odpowiedzialnych za zamówienia publiczne i wreszcie podejmujących kluczowe decyzje polityków. To, że rynek zamówień publicznych podlega po części innym przepisom niż reszta rynku nie oznacza, że rynkiem nie jest, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Że tak, jak na innych jego segmentach obowiązują na nim prawa podaży i popytu, że trwa walka konkurencyjna, że zachodzą określone procesy, rosną i maleją ceny, a jednocześnie specyfika obowiązujących w jego ramach regulacji prawnych czyni to wszystko szczególnie interesującym. Aż się wierzyć nie chce, że dotychczas nie stało się to przedmiotem poważnych, profesjonalnych badań i analiz, że nie wzbudziło zawodowego zainteresowania specjalistów od rynków i rynkowych procesów. Wciąż z ogromnym uporem patrzy się na rynek zamówień publicznych pod kątem przepisów prawa, a do tego najczęściej wyłącznie w aspekcie statystycznym.

Wielokrotnie mówiłem i pisałem że wynika z tego niewiele, ale jeśli już uznano to za pewną normę trudno nie zapytać, dlaczego na przykład nie analizowano wpływu zmian wprowadzanych w przepisach prawa na funkcjonowanie zamówieniowego rynku, nie zastanawiano się, czy kolejne nowelizacje Pzp skutkowały zakładanymi efektami rynkowymi, czy wręcz przeciwnie. Konkretne przykłady? Proszę bardzo – problem podwykonawców, kryteria oceny ofert ze szczególnym uwzględnieniem kryterium cenowego czy cena rażąco niska. Obawiam się też, iż poważnych analiz w tym zakresie nie przeprowadzono podczas prac nad projektem nowego Prawa zamówień publicznych, ale mam nadzieję, że wcześniej czy później wymusi je zasada efektywności zamówień, słusznie zajmująca poczesne miejsce w nowej ustawie. Wcześniej czy później odpowiedzieć też trzeba będzie na pytanie – na ile przepisy, kształtujące system zamówień publicznych powinny ingerować w rynek, ograniczając czy korygując jego naturalne prawa, wprowadzając natomiast kolejne „nierynkowe” obowiązki zamawiających i wykonawców. Ale to już chyba przyszłość dosyć odległa. Dzisiaj natomiast chciałbym powtórzyć zgłaszany nie tak dawno postulat: może warto utworzyć na jednej z uczelni publicznych grupę, której zadaniem byłoby systematyczne, profesjonalne prowadzenie badań i analiz rynku zamówień publicznych? Pewnie trochę by to kosztowało, ale jestem pewien, że byłaby to inwestycja opłacalna, zwłaszcza w kontekście wdrażania nowego Prawa zamówień publicznych.

Tomasz Czajkowski